Bez nas

Bez nas
Indoors Stock photos by Vecteezy



Opowiem Wam dzisiaj taką jakby bajkę. Taką, wiecie,  niby, że bez morału, ale może jednak... O. Taką właśnie.
Że "jak zawsze"? No, może jak zawsze, ale tym razem o czymś innym.

Było sobie kiedyś miasteczko. Bardzo ładne miasteczko.  Ładnie położone nad morzem, w spokojnej zatoce. Dużej zatoce, takiej z portem, mariną i całą resztą. Naokoło miasteczka było trochę łąk, trochę pól - nie za dużo,  ale w sam raz. Zaraz za tymi polami był las, a zaraz za tym lasem były góry.  Góry były okropne.

Między nami mówiąc, ja nie lubię  gór. Jak mam pod górkę to wybieram albo schody ruchome albo windę. Albo zostaję na dole.  A poza tym ( i to jest gorsze), góry za bardzo blokują horyzont. Moim zdaniem.

No nic.

Góry otaczające miasteczko były okropne. Okropnie wysokie, okropnie strome, koszmarnie kamieniste i otaczały miasteczko od zachodu złośliwie przyspieszając zachód słońca. A poza tym ( i to było gorsze), zwalały się do morza po obu stronach...tych, co zostały po bokach...noooo...północnej i południowej? Chyba?

W każdym bądź razie, dostęp do miasteczka był utrudniony. Zauważcie "utrudniony " a nie "niemożliwy ". Otóż,  była przełęcz,   a właściwie taki przesmyk, ścieżka wąziutka,  tak wąska jakby ktoś ją w  litej skale wyciął nożem. Ciach! I wycięte . To musiałby być wielgachny nóż,  no i ten nóż musiałby należeć do kogoś wielgachnego. Tak więc,  może nie zbyt oryginalnie, nazywano tę ścieżkę "ścieżką olbrzyma." Właściwie nazywano ja "ścieżką ubzdryngolonego olbrzyma" bo wiła się nieprzytomnie, a miejscami była tak wąska, jakby to wam przybliżyć...tak wąska, że...dobra, potem coś wymyślę.

Tak więc,  od czasu do czasu, ktoś kto musiał, albo bardzo chciał, albo coś miał do załatwienia,  co trzeba było osobiście,  a potem się okazywało,  że niepotrzebnie się pani fatygowała, wystarczyło zadzwonić, żeby was jasna cholera...ale ja tu ociupinkę od tematu odbiegam. Rozumiecie - jak ktoś potrzebował to  wuala - bo ścieżka jest.

Aż któregoś popołudnia - i tu się okaże kto nie słuchał - popołudnia,  gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, ktoś zauważył po raz pierwszy,  że na szczycie góry stoi ogromna postać.  Dlaczego? Kto słuchał? No, właśnie! Góry były na zachodzie, więc zachodzące słońce oświetlało coś co akurat było do oświetlenia,  a cień padał w dolinę, czyli na miasteczko. I, wyobraźcie sobie, że tym cosiem oświetlanym przez zachodzące była postać. Olbrzymi cień tej postaci sięgał, proszę was, od targu rybnego aż po konwent Sióstr Nieodmiennie Zrozpaczonych. No właśnie! Ogromny.

Szybko rozeszła się słuszna (jak się wydawało) wiadomość , że olbrzym wrócił i pilnuje swojej ścieżki. Na cholerę mu była ta ścieżka? A kogo to!? Pilnuje i już.  No i kontakt ze światem zamarł. A potem to już poooszłooo! Zjada podróżnych (fuj!), robi sobie naszyjnik z ludzkich uszu ( i pewnie od razu zatyczki do nosa), jak śpi to jedno oko ma zawsze otwarte (to się biedactwo nie wyśpi) , strasznie jest nerwowy ( no pewnie,  skoro nie śpi), jak poczuje smród człowieka,  to nie spocznie dopóki go nie dorwie i nie rozerwie na strzępy ( jak się ktoś nie myje to sam sobie winien).

W każdym razie, rozumiecie dlaczego mieszkańcy miasteczka przestali się kontaktować ze światem. Ja też nie, ale faktem jest, że przestali. W konsekwencji, wielu mieszkańców miasteczka cierpiało okrutnie z powodu  izolacji. Wymienię kilku dla naprzykładu.
Był malarz. Świetny  malarz . Niemożliwie wprost utalentowany. Jego talent był wielki, ale strach przed olbrzymem był większy. Był jeden taki co się kochał na zabój w dziewczynie mieszkające po drugiej stronie. Miłość jego była wielka, ale strach przed olbrzymem był większy. Była jedna taka, której matka staruszeczka mieszkała po drugiej stronie. Ta jedna taka bardzo martwiła się o matkę, ale olbrzyma bała się bardziej. Prawie każdy w miasteczku się na miał coś bardzo ważnego, co musiało ustąpić przed strachem.

Żeglarze zawijający do portu mówili, że tego olbrzyma to właściwie znikąd nie widać i nieśmiało sugerowali, żeby może mieszkańcy miasteczka przestali się wygłupiać,  ale gdzie tam! Z roku na rok cień był jakby coraz dłuższy,  co oznaczało, oczywiście, że olbrzym robił się coraz większy i jeszcze bardziej nie dało się wystawić nos na świat. I, co tu dużo kryć,  mieszkańcy miasteczka ukokosili się w tym swoim strachu  i rozleniwili się  i byli tacy biedni i tacy nieszczęśliwi, i o jejku jejku, co to my byśmy zrobili gdybyśmy mogli,   ale przecież,  patrzcie, nie możemy.

Podróżni i kupcy przybywający drogą morską próbowali od czasu do czasu tłumaczyć, że no faktycznie tutaj coś tam może i widać ale im bardziej oddalasz się od miasteczka tym mniej widać,  aż  wreszcie to wcale. Ale cóż, mieszkańcy miasteczka okopali się na  swoich pozycjach i  ogłuchli na głosy rozsądku.

I wiecie co się stało? Góra miała dość. Wybuchła!  Zasypała kamieniami i popiołem całe miasteczko pełne tchórzy i mazgajów. Może ich  kiedyś odkopią.  Precedens jest.

I to już koniec.

No, jasne.  Z wami tak zawsze.  Czego?! Znaczy,  słucham?
Co z olbrzymem? Nie było żadnego olbrzyma. To jeden taki niepokorny z miasteczka. I to całkiem niewysoki - tak z metr pięćdziesiąt. Hodowlę grzybków sobie zrobił na zboczu i nie chciał, żeby mu deptali. Sam się zdziwił, że tak mu dobrze wyszło. A potem nie było jak odkręcić.

Że cień był wielki? No jasne,  że był. A sprawdźcie moi mili w podręczniku do geografii, w rozdziale o zaćmieniach słońca.
Co miałam zrobić? Aaa, pamiętam! Jak wąska była ścieżka. Mogłabym coś wymyśleć, tylko mi się nie chce, bo to raczej jest już nie ważne i nie ma znaczenia.

Bo jak coś jest ważne to ma znaczenie, oczywiście. Watro jednak mieć na uwadze, że świat się kręci i z nami i bez nas.