Bum!
Za oknem unosi się czarny balonik.
Pod wieczór już jest i tak, jak ostatnio prawie co wieczór, zachodzące słońce rozświetla pasma chmur kolorami ognia. Oszałamiające widowisko. Chociaż... opatrzyło się już trochę. Zaczęło się jakoś zimą. Nie nagle. Stopniowo, z dnia na dzień, przybywało barw i któregoś wieczora pierwszy raz zobaczyliśmy chmury jakby podświetlone płonącym horyzontem. Tłumy wyległy na ulice. Wieszczono koniec świata. I co? I pstro. Świat jak był, tak był, tyle, że chmury na zachodzie codziennie przez kilkanaście minut przypominały wirującą rzekę płonącej lawy. Leje, wodospady, jak wzburzona rzeka, jak powódź błyskawiczna na niebie. Podobno od zanieczyszczenia. Pofotografowali, powydziwiali i spowszedniało. Nihil novi...
Wszystko jedno. W zasadzie trudno już zadziwić ludzi. Wszystko widzieli, wszystko słyszeli. A najmłodsza generacja wszystko wie. Wszystko.
A tutaj, proszę bardzo! Balonik. Czarny. Wisi.
Wisi bez ruchu na poziomie pierwszego piętra, na przeciw okna pracowni, ciut za daleko, żeby można go było dosięgnąć ręką. Rozglądam się: biurko, półki, komoda, szafa... Szafa! A w szafie co? Wieszak! Próbuję wieszakiem. Normalnie, ten balonik się sam odsunął. Co do cholery? Szlag! O nie, nie, nie!
No i pięknie! Zimna kawa płynie brunatnym strumieniem po świeżo zapisanych kartkach. A niech to! No, dobra. Moja wina, więc sprzątam.
Jakoś ciemno się nagle zrobiło. Eeeee, tych kartek i tak już nie uratuję. Prostuję się. Patrzę...balonik przysunął się do okna. I jakby większy jakiś. Wydaje mi się, może... ? Nie, no rzeczywiście większy. No. To ja jeszcze raz spróbuję. Sprytem go załatwię tym razem. Złapię go za sznurek, czy co tam ma. Niby obojętnie podchodzę do okna. Boczkiem, boczkiem. Nie zwracam na gada uwagi. Zatrzymuję się i od niechcenia podziwiam przywiędłe zielsko w doniczce. I błyskawicznie (jak ninja, normalnie) wychylam się za okno i : Caps! O. Sznurka nie ma. I znowu się odsunął.
Jaaasne. Za szybko. Powiew powietrza. Te rzeczy. Jaaasne. Tu się skradać trzeba! Staję plecami do ściany, okno po lewej, a ja (jak ninja, a co!) kroczek w bok i kroczek w bok. Cholera, strasznie ciemno. To znaczy, po ciemku też wiem gdzie jest okno, nie? Ale dziwnie jakoś.
No i dżissssses...nadziewam się na biurko i rozlewam resztkę kawy. Próbuję wytrzeć chusteczkami, ale atrament się rozmywa. I, w zasadzie, co tak ciemno? Gdzieś na biurku jest lampka. Wychylam się trochę, ale nie mogę znaleźć włącznika. Dobra tam! Wszystko jedno! Śmiało robię krok, ale się potykam o ten cholerny wieszak i w ostatnie chwili łapię się parapetu.
O, żeż ty...! To już nie jest balonik. Czarne baloniszcze wypełnia całe okno, to i ciemno. To podchodzę zwyczajnie. A, już mi się nie chce wygłupiać. Staję na przeciw okna, a balonik na moich oczach wyraźnie się powiększa. Guma , czy z czego tam ktoś go zrobił, robi się coraz cieńsza i powoli głęboka czerń przybiera barwę burzowego nieba.
I wtedy Bum ! Obrywam po twarzy czarnym paskudztwem a na podłogę spływa mała karteczka. Podnoszę. Jedno krótkie słowo. Czytam : BUM. Mój mózg rejestruje jeszcze widowiskowy rozbłysk nieba i cała planeta rozpala się jak główka zapałki. Ale tego już nikt nie widzi.
Bum!