...cały czas...

...cały czas...
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/fog">Fog Stock photos by Vecteezy</a>

Nie powiem wam gdzie to dokładnie było, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że znajdzie się przynajmniej kilku wariatów, popaprańców i przekornych, którzy będą chcieli pójść w nasze ślady.

Tu, na miejscu, wszyscy wiedzą. Urodziliśmy się w miejscowości jakich jeszcze całkiem sporo. Tutaj wszyscy wiedzą jak się nazywasz, kim jesteś,  oraz wszystko o każdym członku twojej rodziny do trzech, czterech pokoleń wstecz.

Ale o tamtym nikt wam nic nie powie. Na policji powiedzą, że nie słuchają bzdur. Na poczcie powiedzą, że pracują dopiero od pół  roku. Sklepowa powie, że ona na zastępstwo,  a rezydent spod sklepu, że on nawet swojego imienia nie pamięta.

Wielebny i Batiuszka mają umowę. Będą wam mówić,  że tak, tak, o tak , ktoś opowiadał, o tak, oczywiście,  ale to nie wtedy było tylko dwadzieścia,  albo nie może bardziej osiemnaście lat temu? Nie,  ależ nie! To przed pierwszą wojną! No gdzieżby przecież nie mogło być.. a! No, faktycznie.  To musiało być coś innego.  Ale tamto, tak, tak. Tak! Ale to nie tu. Osiemdziesiąt kilometrów na północ, sto dwadzieścia na południe,  kawał drogi stąd na wschód.

Tyle się dowiecie.

Ale ja tam byłem. Od początku do końca.

Głęboko w lesie są trzy suchary. Prawie idealnie okrągłe, bezodpływowe leśne jeziora. A między nimi polana. Łąka, na której nie rośnie żadne drzewo. Nikt się nigdy nie dziwił. Nie rośnie, to nie rośnie. Taaaaa...

Znamy ten las jak własną kieszeń. Wydaje się,  że przecież nic się tu nie zmienia. I tak jest.  O ile nie wpadną do lasu szaleńcy z piłami spalinowymi, albo nie runie downburst powalając hektary drzew, zmiany zachodzą w przyjaznym tempie, znajomym rytmie pór roku. Tylko miłe wspomnienia: nocne przechadzki w poszukiwaniu lelka czy puszczyka,  sierpniowe noce pod gołym niebem obsypanym rojem spadających gwiazd ,  a wszystko to oswojone i wyczekiwane w lesie tak znanym i przyjaznym jak... Jak dom.

Tylko,   że  już nie.  Nigdy więcej.  Nie dla nas.  Nie dla mnie.

Trzeba było zawrócić  zaraz po tym gdy nasze latarki jednocześnie zaczęły mrugać i jednocześnie zgasły. Może to dodatkowe jedno piwo dodało nam fałszywej odwagi. A może pewność, że to jest nasz las, nasz dom, tu nic takiego nie może się zdarzyć.  Nic takiego...

Ciepła, sierpniowa noc. Spacer na polanę zajmował półtorej godziny. Spacer! Nie marsz, Spacer... Szliśmy wolniutko, wspominaliśmy i śmieliśmy się jak nastolatki patrząc wstecz ze spokojem ludzi dorosłych,  którzy pamiętają i z politowaniem kiwają głowami nad przesadzonymi emocjami szarpiącymi nasze nastoletnie ja. Kolejna butelka piwa krążyła między nami,  a po chwili, pusta, grzecznie wylądowała w czymś plecaczku. Ktoś wyciągnął paczkę papierosów. Kupa śmiechu, zapaliliśmy wszyscy chociaż nikt z nas już wtedy nie palił. I za późno zorientowaliśmy się,  że idziemy długo.  Za długo.  Kto się zatrzymał pierwszy,  nie pamiętam.  Nie ja.

Staliśmy na środku polany, a z trzech stron nieruchome lustra leśnych sucharów odbijały ugwieżdżone sierpniowe niebo.  Wytrzeźwieliśmy w sekundę. Świeciliśmy latarkami wokoło jak wariaci.  Jak to możliwe, no jak? Szliśmy co najmniej godzinę za długo. Wszyscy wyciągnęliśmy telefony. Godzina zero zero jeden. Szliśmy cztery godziny. Powinniśmy być obok starej gajówki. Ale byliśmy tutaj. Dwie i pół godziny... Gdzie byliśmy przez dwie i pół godziny? Nie zatrzymaliśmy się ani razu. I szliśmy prosto, cały czas prosto. I wtedy latarki i ekrany telefonów błysnęły razem. Jeden raz. Razem. Potem dwa razy.  Też razem.  A potem zgasły.

Trzeba było zawrócić,  trzeba było.  Ale zamiast wrócić ustaliliśmy,  że przejdziemy jeszcze dziesięć kroków i wtedy zawrócimy.  Byliśmy dorośli. Dorośli, na bogów!  Dlaczego zachowaliśmy się jak durne nastolatki, którym wydaje się,  że śmierć to odległy abstrakt, postać z bajki dla niegrzecznych dzieci? 

Ruszyliśmy do przodu trzymając się za ręce. W lewej dłoni ściskałem potężną łapę Karola a moją prawą dłoń ściskała drżąca , zimna , mała rączka Kaśki. Zrobiliśmy dziesięć kroków. Potem jeszcze dwa. I jeszcze dwa.  I jeszcze dwa. I wtedy spadła na nas ciemność. Nie nocna ciemność z gwiazdami na sierpniowym niebie. Nie taka ciemność,  do której w końcu przyzwyczajają się oczy i można zobaczyć zarys okna,  za którym drzewa stoją sobie spokojnie jak zawsze. Spadła na nas ciemność absolutna. Ciemność,  która przygłuszyła dźwięki.  Ktoś krzyknął, żeby zawrócić.  Ktoś inny,  żeby cały czas trzymać kogoś za rękę. I ktoś inny,  żeby biec, biec jak najszybciej.

Puściłem dłoń Karola,  żeby mocniej podtrzymać Kaśkę.  I biegliśmy.  Trzymając dłoń Kaśki,  biegłem.  Dwa razy zwolniłem, żeby pomóc jej podnieść się . Nie puściłem jej ręki. Kurwa! Nie puściłem ani razu! Jestem tego pewien bardziej niż czegokolwiek na tym świecie. Biegliśmy,  biegliśmy.  Upadliśmy przed pierwszym domem. Rodziców Kaśki. Psy się rozwyły. Rodzina Kaśki wybiegła,  ktoś zadzwonił do sąsiada.  Po chwili zaroiło się od ludzi.

Wyszło nas trzynaścioro. Wróciło sześcioro. Sześcioro. Poszukiwania trwały ponad miesiąc. Policja, wojsko, ochotnicy z psami przeczesywali las. Nic. Zero. Null.  Znaleźli paczkę papierosów. Naszą. Tak myśleliśmy, ale... brakowało sześciu. Czy mówiłem, że wszyscy zapaliliśmy? Nie wrócił Karol. Wielki, same mięśnie,  Karol.  I Kaśka.  Tylko,  że ja trzymałem rękę Kasi cały czas.  Rozumiecie,  co mówię? Trzymałem jej rękę...  cały czas...