Cały rok!
Jak spokój za długo trwa to się zawsze coś wykrzaczyć musi. Taka zasada we wszechświecie panuje.
Wyjaśnię wam tylko, że to co tutaj widzicie, korzenie swoje ma jakieś dwa i pół miesiąca temu. Nie widzicie? Może to i lepiej...
Było tak...
Wstaję sobie raniutko. A wy czego znowu? Mówię przecież "raniutko", a to jest wcześniej niż jak mówię "rano". Capisci?
No więc, raniutko. Najwyżej może jakaś ósma była, starego czasu, chyba...? Tak swoją drogą, co za półtorej kretyna wymyśliło ten czas zimowy! Żeby się wszytko merdało człowiekowi. I jakby raz było mało, to złośliwie dwa razy do roku się takie coś wyprawia, cholera jasna! Ale ja teraz na spokojnie biorę.
To znaczy, ja w ogóle ostatnio dosyć filozoficzne podejście do świata przejawiam. Dzięki czemu potrafię zachować spokój filozoficzny w sytuacjach zagrażających. Tak jak teraz. Teraz się właśnie zen przydaje. Z-E-N. No, jak "skąd"? Z telewizora, oczywiście. A filmy różne instruktażowe ze szwagrem oglądamy z jednym mistrzem flozoficznym co się nazywa Jackie Chan. W ramach dokształcania.
Nastawiony filozoficznie otwieram oczy raniutko i patrzę a ślubna moja, Krycha, znaczy się, w stroju niedbałym i papilotach przy oknie siedzi i wzdycha.
Żebym ja to wiedział, co ja teraz wiem a wtedy nie wiedziałem! I po co mi to było! Ale się człowiek we mnie obudził i pytam Krychę, czego tak wzdycha, a ona mi mówi, że w galerii choinkę postawili. Jakich znowu obrazów? W normalnej galerii, takiej co sklep jeden przy drugim. Wy słuchacie, co ja do was mówię, czy nie słuchacie?
No więc, choinkę postawili, mówi Krycha. A ja - i na co mi to, kurna chata, było - że słucham uważnie to mówię "A to idioci, przecież dopiero środek listopada " no i zadowolony jestem! Zapunktowalem od samego rana - słucham i odpowiadam! A jak!
A tu figa! Krycha do mnie, że nic nie rozumiem, że choinka to niedługo święta i że ona znowu sobie ręce urobi do łokci. Tu nie dałem się nabrać drugi raz na to samo, co na poprzednie święta! Cichutko siedzę i czekam. Że ona nic, tylko jak służąca jakaś tu pierze i gotuje i sprząta tylko całymi dniami. No tyle, mówię wam, tyle brakowało i bym wystrzelił, że pierze pralka, a to gotowanie to ona może sobie zachować dla potomnych i razem z garnkami zakopać na jakimś stanowisku archeologicznym. A co! Się zna różne trudne słowa. Ostatnio, w ramach dokształcania, żeśmy ze szwagrem obejrzeli różne filmy popularno-naukowe i historyczne! Jakie? No jak to "jakie?" Najważniejsze, oczywiście. "Mumia", "Poszukiwacze zaginionej arki"i "Gwiezdne wrota", wszystko o wykopaliskach, ale nie dokończyliśmy, niestety, przez sąsiada, co się niefartownie w połowie seansu ogarnął, że mu streaming bokiem wycieka prosto do naszego telewizora, stąd wiedzą nasza historyczna nieco gdzie nie gdzie jest jeszcze niekompletna.
Zaraz, zaraz... o czym to ja...
No, że gotowanie i te tam inne.
No to ja, żeby na tej fali małżeńskiego porozumienia popłynąć, pytam Krychę, bo moja ślubna Krycha. Już wiecie? Dobra. Pytam, więc, Krychę jak jej mógłbym życie uprzyjemnić, a Krycha do mnie mówi "katering". Słowo znam, nie powiem, słyszało się to i owo. Ale sam nie udźwignę przecież takiej odpowiedzialności.
To ja do szwagra biegnę . Ale w papciach, niestety, przez zapomnienie. Ale szwagier, zuch, wyciągnął flaszkę z pieprzem. Bo inaczej to bym jak nic na zapalenie płuc zapadł. Przez te biegi w papuciach, oczywiście. Usiedliśmy, przyjęliśmy lekarstwo. Szwagier też, chociaż on nie biegał w papuciach, ale wiecie: strzeżonego.... i tam dalej. Szwagier mówi, że u niego też katering ma być. Poprawiliśmy lekarstwem i zaczęliśmy sprawdzać, co to ten katering i jak działa. Okazuje się, że to ktoś jakiś inny gotuje i to ugotowane jedzenie do domu przywozi! Patrzę ja na szwagra, a jemu łzy po twarzy płyną prosto do szklanki z lekarstwem! A to na myśl, że być może już zawsze będzie w domu jedzenie, które będzie się faktycznie nadawało do jedzenia. Z tej radości i ja lekarstwo przyjąłem i do roboty!
Otworzyliśmy internety, a tam! O, żeż w maskę jeża! Tych kateringów od, za przeproszeniem, nafurkania! Katering weselny, dietetyczny, biznesowy. Katering fitness, smakosza, oszczędny, niezbędny i niewiadomo jaki! Radziliśmy ze szwagrem tak długo aż nam się skończyło lekarstwo w butelce. Drugiej butelce. Chyba.
I tu mnie właśnie zawiodła moja czujność rewolucyjna. Oddałem się rozważaniom filozoficznym nad ulotnym pięknem tego świata, a w tym czasie szwagier, dureń, cholera by go... i żeby go pchły oblazly jak będzie miał obie ręce w gipsie, bo, że będzie miał obie ręce w gipsie to ja już się postaram! No, więc, szwagier...
Ale to nie od razu wyszło szydło z worka na światło dzienne, o nie! Najpierw Wigilia. Tośmy rzewnymi łzami zlewali te półmiski pełne pyszności. Potem Święta. To nam na cały tydzień kolejnych pyszności nawieźli i cała rodzina się zlazła, bo już się rozeszło, że u nas w tym roku katering. Potem Sylwester. To już i z sąsiedztwa się podłączyli, i razem ze sto osób z rodziny i drugie tyle sąsiadów się u nas obżerało. A kateringi tyko jeden za drugim pod dom podjeżdżały. Tak było!
A potem zaczęły przychodzić rachunki.
Teraz w piwnicy na kartoflach siedzę. Ale szwagra, durnia, na kartofle nie wpuszczam . Niech siedzi, dureń jeden, na betonie. W końcu to moja piwnica! Bo u szwagra, durnia, w piwnicy składują to całe żarcie co dureń z kateringów na rok zamówił. I przez cały rok to samo żarcie! Ratujcie! Cały rok!