Coś innego...
Zamykając oczy można czasami zobaczyć więcej. Zamknij, więc, oczy. Połóż się w cieniu w ciepły dzień, albo na kanapie w cichym pokoju i przykryj się kocem. Zamknij oczy i uwolnij wyobraźnię. Ale ostrożnie! Bo przy okazji, zupełnie niechcący, niespodziewanie, niektórzy z was mogą uwolnić w sobie coś innego...
Na poboczu starej, rozjechanej przez lata kołami niezliczonych pojazdów, drogi ( nie całkiem na rozstajach, ale prawie) stała niewielka drewniana konstrukcja. Ni to chatka, ni to gołębnik, a może raczej daszek i trzy kiepsko zbite ściany. Tak czy tak, niewątpliwie nie dałoby się tu mieszkać. Z trudem schroniłoby się tu przed ulewą siedmioletnie dziecko, a może tylko sześcioletnie, ale za to z młodszą siostrą.
Okoliczni mieszkańcy nazywali tę budkę kapliczką, ale dlaczego właśnie tak i jak długo tam stoi... no cóż, niestety nie ma kogo zapytać, bo w okolicy od dawna nikt nie mieszka.
Droga, o której tu mowa, nigdy nie była porządnie utwardzona, raczej tylko ugnieciona i udeptana . Tak więc, kiedy ruch na drodze zaczął przygasać i zamierał, dzikie kwiaty rosnące po obu stronach z łatwością zdobyły to nowe, pięknie nasłonecznione terytorium. Jednak powoli linia lasu przybliżała się i teraz, na drodze łagodnie ocienionej młodymi brzozami rosły głównie pokrzywy i paprocie.
Głębokie koleiny po obu stronach drogi przez lata będące dowodem na to, że istnienie drogi było uzasadnione, na początku tych przemian dość uparcie próbowały stać się strumieniami. Ta próba nobilitacji nie powiodła się, niestety, gdyż woda szybko naniosła błota i jedynym, chociaż bardzo przyjemnym, pocieszeniem były mięty i niezapominajki, którym dobrze się wiodło w błotnistych wgłębieniach.
No i tak to.
Wróćmy do "kapliczki ", albo Kapliczki, a może zwyczajnie, kapliczki.
Przez bardzo, bardzo długi czas kapliczka stała przy uczęszczanej drodze, nie całkiem na rozstajach, ale prawie. To była ważna droga, i na tej ważnej drodze to miejsce (to na którym stała kapliczka) szybko stało się najważniejsze. Zaglądali tam rozmaici bogowie ( mniejsi i więksi, a nawet tacy bardzo duzi) i zaglądały tu duchy opiekuńcze. A jeśli któryś nie mógł akurat przybyć osobiście, wysyłał dobrze poinformowanego zastępcę. Przybywali tu ze wszystkich (prawie) stron świata w odpowiedzi na prośby, modły, błagania ( i przekupstwa!) podróżnych.
Szkoda że Vernos Słuchacz nie zajrzał tu nigdy. Jako opiekun samotnych i wygnanych, jako ten, który nasłuchuje modlitw i próśb niewypowiedzianych na głos, miałby tu spore wzięcie. Przybyłby ,oczywiście, bardzo chętnie, ale niestety, nikt wędrujący tą drogą nie wiedział o jego istnieniu.
Kapliczka powoli, ale zdecydowanie i systematycznie, obrastała w dary zostawiane przez podróżnych, a każdy podarunek niósł prośbę. Rzadziej podziękowanie, ponieważ ludzie mają krótką pamięć. Dymy kadzideł, świętych ogni, a i całopalnych ofiar, bezustannie unosiły się znad kapliczki coraz dalej i dalej, niosąc podróżnym wiadomość o bliskości świętego miejsca, a co za tym idzie, o konieczności zaopatrzenia się w błagalne imponderabilia.
Z czasem, już od miejsca gdzie dopiero ledwo czuć było dym, przy każdej z dróg z czterech stron świata prowadzących do rozstajów, stali handlarze, rzemieślnicy, rolnicy. A drogi w stronę kapliczki coraz gęściej pokrywały się śmieciami i odpadkami. Za sprzedawcami zjawili się kuglarze , wróże i oszuści. A sterty śmieci wzdłuż dróg wzięli we władanie żebracy. Niektórzy faktycznie bez środków do życia czy na dalszą podróż, ale częściej niestety nie. Co przyczyniło się, jak się domyślacie, do wzrostu ilości rezydujących proszalnych dziadów i bab.
Wreszcie, przybyły panie wątpliwej konduity w towarzystwie złodziei. I w końcu również, niestety, mordercy. No i drogi w stronę kapliczki zaczęły przypominać krajobraz po wojnie. Gnijące śmieci, żebracy, umierające z głodu matki i dzieci, płaczące porzucone noworodki, dogorywające ofiary napaści. Wystarczy.
A z kapliczki przestały unosić się prośby o bezpieczną podróż, dobrą cenę za miód i gęsie jaja, albo żeby czekająca u kresu podróży wyswatana narzeczona miała nie tylko wielkie...khem, khem... ale była mądra, miła, pracowita i umiała gotować. Do kapliczki coraz częściej przychodzi źli ludzie. Coraz częściej i częściej, coraz gorsi i gorsi...
W świecie, o którym tu opowiadam, adresaci owych próśb wzięli sprawy w swoje ręce. I krótko po tym, gdy podjęli jednomyślną decyzję, na całej planecie ( za wyjątkiem rejonów pod opieką Manitou, Vernosa Słuchacza i Mura-mura) maleńkie, maciupeńkie, niewidzialne gołym okiem, stworzonko zjadło wszystkich ludzi.
A teraz, w starym dostojnym lesie, na polanie jakby specjalnie stworzonej w tym celu, stoi niewielka drewniana konstrukcja. Raczej nie domek, ani też nie gołębnik. Ot, krzywy daszek i trzy dziurawe ściany. Może to jest kapliczka, a może coś innego...