Dopiero wtedy...
Czujesz, gdy ktoś cię obserwuje. Każdy ci to powie. Chociaż nie da się tego udowodnić, wszyscy uważają, że to prawda. Bo to jest prawda.
To może być takie swędzenie, jakby ktoś bardzo delikatnie położył ci na plecach dłoń w wełnianej rękawiczce. Albo lekko dotknął cię palcem w ramię. Przecież wtedy zawsze się oglądasz. I chociaż wiesz, że dotykacz stoi z drugiej strony, i tak obejrzysz się w stronę dotykanego ramienia.
Gdy ktoś ci się przygląda, czujesz coś podobnego i musisz, po prostu musisz się obejrzeć. Dlatego mimo, że nie chcę, mimo, że przeraża mnie potwornie, szukam jej wzrokiem gdy czuję, że znowu patrzy na mnie.
Ta twarz. Ta twarz patrzy na mnie. Znowu. Nie widzę dokładnie rysów, ale to zdecydowanie kobieta. Delikatny podbródek, wysokie kości policzkowe. Włosy. Chyba długie. Oczy? No, raczej ma. Jakby nie miała - nie byłoby problemu. Żart taki . No dobra . Nieśmieszny.
Mam takie wrażenie, jakby jej spojrzenie wypalało mi dziury w plecach rozgrzanym do białości pogrzebaczem. Nie żebym wiedział jak to jest, z tym pogrzebaczem. No luuuudzie... wyobrażam sobie tylko. I w efekcie, muszę się obejrzeć. Nie w tym sensie "muszę" że "bardzo chcę", tylko w tym sensie, że ... no... raz jeden spróbowałem się nie odwrócić. Po kilkunastu minutach prawie zemdlałem z bólu. Ból, jakby ktoś przeciągnął mi wewnątrz całego ciała drut kolczasty. Zamroczony, upadłem na chodnik. Uratował mnie facet, który się nade mną pochylił. Miał na nosie idiotyczne, wielgachne okulary.
Nie widzę jej dokładnie. Jakby stała za mną i lekko wychylała się z mojej prawej strony żeby zobaczyć coś, co znajduje się przede mną. Ale nie patrzy na wprost. Głowę przechyla w moim kierunku, czekając na moją reakcję. A jej usta wykrzywia grymas, który tylko na kimś z zaszytymi ustami mógłby zrobić pozytywne wrażenie. Nieśmieszne?
Widzę jej odbicie, ale nie w lustrach, nie w powierzchniach, które dają czysty i wyraźny obraz. O, nie. Widzę ją w brudnych oknach, błotnistych kałużach, w ciemnych okularach mijanych przechodniów.
Ta twarz , jakby zniekształcona przez chorobę czy jakąś wewnętrzną walkę, albo może przez niezliczone razy, kiedy jej odbicie zostało powielone za każdym razem oddalając się coraz bardziej od oryginału.
Dlaczego przyczepiła się do mnie? Czego chce? Co mam zrobić, żeby dała mi wreszcie spokój?
Za każdym razem przeraża mnie śmiertelnie. Ale nic nie mówię. Raczej nikt nie uwierzy. Myślicie, że nie próbowałem? Ależ próbowałem!
"Panie doktorze, widzę twarz, której nie widzi nikt inny. Nie, nie w stresie; nie, nie wszędzie; nie, nie regularnie; nie, nie wiem kto to; nie, nie potrafię opisać. Bla, bla, bla." Schizofrenia, bla, bla, bla. Proszę brać leki.
Wydawało mi, że otacza mnie powietrze gęstsze niż smoła, że wdziera mi się do płuc, ale nie mogę oddychać, przewracałem się i nie miałem siły się podnieść. A, co gorsza, zamiast od czasu do czasu, widywałem ją codziennie, a wreszcie kilka razy dziennie. A na jej ustach zaczął pojawiać się drwiący grymas, karykatura uśmiechu. Następny lekarz złapał się za głowę. Kliniczna depresja. PTSD. Wyparte wspomnienia. Zrezygnowałem z lekarzy. Nie tędy droga.
Tyle, że nie znalazłem odpowiedzi. Nigdzie. Ostrożnie przeszukiwałem internet. Od mądrych, przez średnio mądrych, do niezbyt mądrych i kompletnie idiotycznych miejsc i tak zwanych "specjalistów ".
Nie wiedziałem gdzie jeszcze szukać pomocy. Takie sprawy raczej nie są omawiane na towarzyskich spotkaniach, przy piwie w piątkowy wieczór czy na urodzinach u teściowej.
" No i wie mamusia, może mamusia pamięta, jak się tamten magik nazywał, co go mamusi polecili, kiedy za mamusią tamta łaziła. No, łazi, tak. Chyba normalnie. Tak myślę. No, jak za każdym. "
I w końcu, któregoś dnia, nagle, odkryłem, że jest mi wszystko jedno. Że potrafię ją ignorować. Że jej upiorna postać i straszliwa wykrzywiona gęba nie robią już na mnie wrażenia. To olśnienie spadło na mnie nagle. Tak więc, siedzę na przystanku i widzę ją w kałuży, w wypucowanym autobusie numer 173, który właśnie zatrzymał się na przystanku, w idiotycznie wielkich okularach gościa, który przysiadł się do mnie na ławce. I wisi mi to. I normalnie, ulga. Jaka ulga! Popłynęły mi łzy, ale w tamtym momencie czułem, że to też mi wisi. Gościu, który się przysiadł podał mi chusteczkę.
-Przywykłeś?
Wywaliłem na niego gały.
-Słucham?!
-Przepraszam. Przywykł pan?
- Eeeeeee....
- Słuchaj pan, niech się Pan zastanowi. No? Ona chce zobaczyć twoją twarz, kiedy zrozumiesz....przepraszam, to mój autobus.
I wtedy, dopiero wtedy zacząłem się bać. Facet zostawił na ławeczce idiotyczne, wielgachne okulary. Wtedy zacząłem się bać na prawdę. Dopiero wtedy...