Furstenwalde (część pierwsza?)

Furstenwalde (część pierwsza?)

- No cóż. Jedno mogę powiedzieć, ponieważ to jedyne co wiem na pewno. A jaki z tego wniosek? Też tylko jeden. Tak. Po tym lesie włóczą się rzeczy, które nie wiedzą, że są martwe. Więc jeśli zamierzacie zostać, nigdy, nigdy nie wychodźcie na zewnątrz po zmierzchu.

Gdybyście mnie spytali, to właśnie bym wam powiedział. Teraz, nie wtedy. Teraz to wiem. Tylko, że teraz to nie wtedy. A wtedy nikt nam tego nie powiedział.

*

- Czyli jesteście państwo zdecydowani.

Popatrzyliśmy na siebie po raz kolejny. Ile można pytać o to samo? Miało być krótko i na temat, a za chwilę będzie już zupełnie ciemno.

Notariuszka przez dłuższą chwilę patrzyła na nas tak jakoś dziwnie, westchnęła, wzruszyła ramionami i z szuflady biurka wyjęła czarne, prostokątne pudełko. Metalowe, lśniące - taką kasetkę na kluczyk. Znowu westchnęła i wreszcie nie wytrzymała.

- Żadnych pytań? Wątpliwości?

Teraz to Borys wzruszył ramionami - A czego tu można nie rozumieć?

- Właśnie!- Wolałem się włączyć zanim Borys chlapnie coś bez potrzeby. Na przykład, że jeśli żywe trupy rozrabiają w lesie, to czy wolno nam będzie wychodzić z chaty.

- Właśnie. - Borys się naburmuszył, wyraźnie miał ochotę coś dodać. Zizi położyła mu na kolanach swoją ogromną torbę i przechyliła się przez biurko.

- Mogę? - Wskazała na skrzyneczkę.

Notariuszka znowu wzruszyła ramionami. Miałem ochotę powiedzieć żeby przestała, bo zagrzmi i jej tak zostanie.

- Klucza nie ma. No i jest ciężka. - Notariuszka przyglądała się Zizi gdy ta obracała w dłoniach kasetkę. I znowu wzruszyła ramionami. Otworzyła inną szufladę i wyjęła zwykłą teczkę z brązowej tektury, a z teczki - dużą kopertę w nietypowym, wydłużonym kształcie. W kopercie była tylko jedna kartka papieru.

Notariuszka położyła kartkę przed sobą - gruby, czerpany papier o nierównych, zbrązowiałych brzegach, złożony na trzy i mocno zaprasowany - i zaczęła ją rozkładać równo na stole. Metodycznie i powoli. Patrzyliśmy w ciszy, coraz bardziej zdumieni, jak kobieta w skupieniu przesuwa dłońmi po kartce, a gruby papier raz za razem składa się do rozmiaru koperty. Borys zaczął się kręcić na krześle jak przedszkolak na akademii ku czci. Dwumetrowy, studwudziestokilowy przedszkolak, który jakieś dziesięć lat temu przestał używać grzebienia. W końcu papier się poddał, a notariuszka wzruszyła ramionami. Miałem ochotę przejechać dłońmi po twarzy.

- Proszę państwa, to jest ostatni moment, żeby się wycofać. Weźmie pani gotówkę, druga część dostępna jest w banku w Szwajcarii do pani dyspozycji wedle życzenia. Ale jeśli państwo zostaną...

- Zostajemy. - Zizi nie zamierzała się wycofać.

Notariuszka wzruszyła ramionami.

- Proszę...od tej chwili proszę traktować poważnie wszystko, co powiem. Proszę państwa, potrzebne mi potwierdzenie głośno i wyraźnie od każdego z tu obecnych.

Potwierdziliśmy.

Notariuszka jeszcze raz przesunęła dłonią po kartce i zaczęła czytać.

- Pani Józefina Xymena Zylia von Fürstenwald- podniosła wzrok na Zizi, a potem spojrzała na jej dokumenty.

- Odziedziczyła pani dwór i posiadłość, tu jest wszystko wyszczególnione, bez żadnych obciążeń, a wszelkie należności z tytułu podatków, opłat i wszelkich należności wynikających z zarządzania dworem i posiadłością zostały uregulowane z uwzględnieniem zmian wszelkich przeliczników, na 50 lat naprzód, niezależnie od decyzji jakie podejmie obecna właścicielka.

Podsunęła Zizi kartkę.

- Proszę podpisać tu, że pani rozumie. Tu, że pani przyjmuje spadek. I tutaj, że zobowiązuje się pani w imieniu swoim i wszystkich osób przebywających na terenie posesji na pani zaproszenie lub z pani polecenia, do przestrzegania wszystkich obowiązujących tam reguł.

Zizi odłożyła kasetkę na biurko. - Jakich?

Kasetka otworzyła się z trzaskiem nie dotknięta przez nikogo. Dźwięk, choć cichy, poderwał nas wszystkich z miejsc.

- No żeż, luuuudzie! - Borys nie wytrzymał.

Zajrzeliśmy do kasetki.

- Kamienie?! - Borys nie potrafił siedzieć cicho i miał jeszcze drugi wkurzający talent - stwierdzał rzeczy oczywiste. Ale faktycznie - kasetka pełna była płaskich czarnych kamyków. Doskonale całkowicie czarnych i lśniących.

- Pierwsza zasada...kolejność dowolna, żadna zasada nie jest ważniejsza niż żadna inna. Więc, pierwsza zasada, każdy obecny w granicach posiadłości musi mieć przy sobie jeden z tych kamieni przez cały czas pobytu. Bez wyjątków.

- Dlaczego?- Zgadliście, znowu Borys.

- Bo taka jest zasada.

Borys wyraźnie miał ochotę na dłuższą sprzeczkę, ale Zizi dźgnęła go palcem pod żebro.

- Przepraszam za brata. Coś jeszcze powinniśmy wiedzieć zanim..?- Zizi zaczęła się podnosić z krzesła. - Już późno, nie znamy drogi...

- Jeszcze jedna rzecz. Reszty dowiecie się na miejscu, ale to musicie wiedzieć już teraz. Nie używajcie prawdziwych imion. Nigdzie w granicach posiadłości. Najlepiej od razu ustalcie jakieś przezwiska czy pseudonimy. Uprzedzajcie wszystkich gości. - Notariuszka wstała. Podsunęła w stronę Zizi czarną skrzyneczkę. I drugą, dużo większą, drewnianą, w stronę Borysa. Borys patrzył na mnie z głupią miną. Tak, ja też głowę bym dał, że jeszcze przed chwilą na biurku jej nie było.

- Proszę, zostańcie na noc w mieście. Tu obok, w kamienicy jest niewielki apartament, który również należy teraz do pani, panno Józefino.

- A...te pseudonimy...to...dlaczego...- Borys odwrócił się jeszcze od drzwi i pokazał notariuszce te swoje oczy szczeniaka rasy bernardyn albo stróż moskiewski. To jego kolejny wielki talent. Tego talentu to mu akurat zazdroszczę.

Notariuszka nie wyglądała teraz jak energiczna bizneswoman, która witała nas w drzwiach kancelarii. Przygarbiona, wsparta o blat dębowego biurka patrzyła na nas ponad szkłami okularów jak babcia, zmartwiona przemądrzałym uporem nastoletnich wnuków. Wyszła zza biurka i podeszła do nas powoli ciężkim krokiem. Zrobiła gest, jakby chciała przygarnąć nas do siebie, ale zrezygnowała i odezwała się cicho. Więc podeszliśmy bliżej i zanim doszły do nas słowa, otoczył nas delikatny zapach jej perfum. Kojący zapach ziół, lawendy, rumianku, mięty i czegoś jeszcze. To nie były perfumy. Tak pachniały jej włosy. Długie, siwe, falujące, choć przecież powietrze było nieruchome. Patrzyła na nas, a my nie mogliśmy oderwać wzroku od jej oczu ogromnych, błękitnoszarych.

-Nie wolno im dostarczać żadnych prawdziwych informacji. Usuńcie z telefonów wszystko, co trzymacie przez sentyment, wszystkie prywatne zdjęcia czy filmy. Wykorzystają wszystko. I słuchają zawsze. Cały czas.

Staliśmy w pustym biurze. Za oknem nie było zupełnie ciemno. Jesienny, mglisty chłód, który nadpłynął od Łyny, wspinał się uliczkami olsztyńskiego starego miasta tłumiąc dźwięki i rozmazując kształty.

-To ona miała okulary, czy nie miała? - To Borys ocknął się pierwszy. Popatrzyliśmy po sobie i wszystkim nam opadły szczęki.

*

Postscriptum autorki

Pozwalam sobie, moi ulubieni czytelnicy, uzależnić los tej historii od waszej decyzji. Jeśli choć dziesięć procent z was, tu, w tym miejscu (gdzie mi tu pisze na moim...niżej trochę) na piśmie wyrazi taką chęć, obiecuję rozwinąć historię Zizi,Borysa, i narratora, o którym nic jeszcze nie wiemy...No, a jeśli nie, to nie.

Read more