I tyle

I tyle
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/sunset">Sunset Stock photos by Vecteezy</a>

To był cel podróży. Bez wątpienia. Już z daleka widać było wiszącą nad obejściem ciężką, stalowoszarą chmurę. Nie dobrze. A z bliska jeszcze gorzej.

Podwórze wybrukowane kocimi łbami wyglądało odrażająco. Rumianki nieśmiało próbujące zakwitnąć tu czy tam między kamieniami nie były w stanie przesłonić leżących wszędzie gęsich fajek, krowich placków i gnijących szmat. W dalszej części podwórza, gdzie zabrakło kamieni na dokończenie bruku, stały wychudzone krowy wysmarowane po grzbiety błotem i odchodami i zbite w ciasną grupkę podtrzymywały się nawzajem. Wypływający spod ściany chlewu zielonkawy, cuchnących strumień nie pozostawiał złudzeń : to było ohydne miejsce.

Kismet stała na poboczu błotnistej drogi między kupą gnijących śmieci częściowo pokrytą pokrzywami, a koślawymi resztkami przegniłego płotu okalającymi smętne wspomnienie po przydomowym ogródku. Wśród resztek ogródka wałęsały się zdesperowane podskubane kury niemrawo grzebiąc w poszukiwaniu czegokolwiek zdatnego do jedzenia. Na zapadniętym dachu stodoły sterczały resztki bocianiego gniazda. Przytulony do cembrowiny studni parchaty pies spojrzał na nią, a w jego oczach nie było nadziei.

Jednak całe to nieszczęście nie sięgało daleko. Już po drugiej stronie błotnistej drogi, na łące lśniącej od porannej rosy, pasły się rosłe konie, a stada świergocących jaskółek i jeżyków wyłapywały dokuczliwe muchy. Dalej na lewo, błotnista droga nagle stawała się równym , szutrowym traktem obrzeżonym wysokimi żywopłotami jeżynowymi i z daleka widać było wielkie, czarne owoce ciężkie od słodyczy. Piszczące radośnie dzieciaki z buziami usmarowanymi ciemnofioletowym, słodkim sokiem buszowały wśród wiszących nisko, kolczastych gałęzi. A dalej ule, łąki pokryte dywanami wszelkich polnych kwiatów. A jeszcze dalej - lśniąca w porannym słońcu tafla jeziora delikatnie zmarszczona ciepłym wiatrem. Tak jakby ta zagroda, czarna kupa nieszczęścia pośród radosnej okolicy nie istniała.

Co tu się dzieje? Ciężka czarna chmura wisząca na zagrodą przepuszczała tylko tyle światła słonecznego, ile potrzeba żeby nie zgubić się w ciemności. W skrócie: bród, smród, zgnilizna i śmierć. Wyglądało, jakby w tym miejscu zgromadziły się wszystkie nieszczęścia, jakby to miejsce przyciągnęło do siebie wszystkie nieszczęścia z okolicy.

Kismet wiedziała, zagroda wyglądała jak magnes na nieszczęścia, ponieważ tym właśnie była - piorunochronem. Każde nieszczęście mające uderzyć gdzieś w bliskiej okolicy to miejsce ściągało na siebie, aż wreszcie okazało się, że więcej tragedii się tu nie zmieści. I wtedy wezwano ją.

Zdecydowanie to nie było nic zwyczajnego. Było tu coś, albo jest tu wciąż. I trzeba to odnaleźć.

Stawiając ostrożnie stopy z kamienia na kamień, podeszła do studni i zajrzała do środka. W studni nie było wody. Wypełniona była ciemnością tak gęstą, że zdawała się wylewać poza spękaną cembrowinę. Kismet zdjęła z pleców worek z niebielonego płótna. Pies, który dotąd przypatrywał jej się tylko, teraz podczołgał się i tracił ją nosem. Wyjęła kawałek chleba i podała zwierzakowi:

- Wytrzymaj jeszcze trochę. Naprawię to.

Następnie wyjęła małe drewienko. Dmuchnęła na nie kilka razy aż rozżarzyło się porządnie i wrzuciła je do studni. Ciemność pożarła światełko, gdy tylko wpadło za cembrowinę. Ciasno zwinięte liście białej szałwii wrzuciła dopiero gdy dymiło silną, wonną chmurą. Dym również został połknięty przez żarłoczną ciemność. I wtedy lodowate palce ścisnęły jej serce. Ech, ludzie! Jesteście dla siebie gorsi od najgorszego losu!

Jeszcze ostatnia próba. Uspokoiła drżącą dłoń i wyjęła szkatułkę czarnego kamienia. Położyła ją na ziemi. Błoto, zgnilizna i cała ohyda cofnęły się natychmiast i szkatułka leżała na czystym, lśniącym , rzecznym piasku. Otworzyła szkatułkę. Wewnątrz zamknięto maleńkie pudełeczko z surowego drewna wysrebrzonego przez morze. Drewniana skrzyneczka otworzyła się bezgłośnie bez jej udziału, ujawniając owinięty gałgankiem z surowego lnu, maleńki przedmiot. Odetchnęła głęboko, w skupieniu odsunęła strach, i delikatnie wyjęła zawiniątko. Położyła na dłoni, rozsunęła brzegi gałganka i odsłoniła dwie maleńkie drzazgi podobne do białego drewna, tylko bardziej ostre, zawinięte lekko i puste w środku. Rozeszło się ciepło niosące zapach jaśminu i lawendy.

Chmura nad nią zaczęła rozpuszczać się jak zaspa brudnego śniegu , błękitne niebo i słońce wdarły się pod chmurę zalewając bezpośrednie otoczenie studni ciepłem i światłem. Ciemność w studni, dotknięta światłem zaczęła kulić się i syczeć, wić pod dotknięciem słońca jak rozwścieczoną żmija. Kiedy niebo nad studnią stało się zupełnie czyste, a słońce w zenicie stanęło dokładnie nad kłębiącą się czernią - coś niewielkiego, szarego jak okrągły kamień, wystrzeliło w górę ze studni i opadło na środek podwórza.

Kismet pochyliła się nad studnią i uśmiechnęła się z ulgą. Świat wokół zaczął powoli wyglądać tak jak wyglądał, zanim ktoś - ktoś bardzo, bardzo zły - postanowił to zmienić. Opuściła ramię żurawia z pięknie rzeźbionym drewnianym wiadrem na końcu i po chwili lśniące jasnym drewnem koryto wypełniła krystalicznie czysta, lodowata, źródlana woda. A gdy koryto napełniło się, woda ze studni rozlała się po całym obejściu zmywając brud i śmierć szybko i bez śladu.

Tylko w jednym miejscu, na środku podwórza, jak ropiejąca rana, została jedna jedyna ohydna cuchnąca kałuża. A w środku stało niewielkie gliniane naczynko. Tego właśnie szukała. A właściwie szukała tego , co ktoś włożył do naczynka, a co miało siłę tak wielką, że bez trudu otworzyła się w studni brama. A bramy wypełzło czarne paskudztwo - uosobienie ludzkiej zawiści.

Chciała jeszcze przejść się słonecznym traktem, wśród roześmianych dzieci i zapachu dojrzałych owoców, ale gdy zgniotła w dłoni naczynko, wszystkie okropności, których doświadczyło to gospodarstwo, uderzyły ze stukrotną siła w tych, dla których były przeznaczone. A sielski obrazek znikł i Kismet miała przed sobą błotnisty trakt obrzeżony pokrzywami. Obejrzała się jeszcze za siebie na zalane słońcem podwórze , na którym kudłaty psiak gonił oburzone, tłuste kury, a zadowolone z siebie krowy przeżuwały rumianki i mlecze.

Kismet zarzuciła swój worek na plecy, zrobiła kilka kroków, ale znów zatrzymała się i powiedziała donośnym głosem, właściwie nie wiadomo do kogo: -Nie próbujcie oszukać przeznaczenia! To się kompletnie nie opłaca, - dodała już całkiem cichutko. Po czym odeszła. Choć właściwie zupełnie nie wiadomo jak ani dokąd.

Czasami to co widać, nie jest tym na co wygląda. Ale czasami jest dokładnie właśnie tym. A przeznaczenia oszukać się nie da. Kismet dobrze o tym wie.

I tyle.