PKP
Dlaczego to muszą być placki ziemniaczane, a nie, na ten przykład, papatacze, wolewonty albo rachatłukum? Albo sernik! Och, sernik! Każdy sernik na tej planecie jest pyszny! Dlaczego nie sernik! Albo napoleonki, tak, albo.... no....O jejku..
Ale placki ziemniaczane?! Nie, no dobra. Zrobić , zrobię. Oczywiście. Obiorę. W porządku. Nie ma problemu. Zetrę. Nie lubię, ale zetrę. Okiej. Jak będę smażyć ostatnie, to pierwsze będą jak mokre, zimne, tłuste szmatki. Ale, okiej. Ja mogę. Ale żeby woleć... No, ale "Pan każe, sługa musi". No, co się czepiacie? To z Wieszcza, przecież.
No bo, weźmy taki sernik, na przykład. To każdy wielbiciel ma swój ulubiony i można podyskutować, poprzerzucać się argumentami, inwektywami. Wiecie, rodzynki czy bez rodzynek (oczywiście , że bez!). A na koniec przejść do degustacji. Albo szarlotka? Odwieczny dylemat, wiecie przecież "szarlotka czy jabłecznik"? A może strudel?
Ale placki? Z kartofli? Z pyrów? Z ziemniorów? Zjesz dwa, góra trzy i potem dwa dni ci się tym tłuszczem odbija. Że pycha? No, pycha. I co z tego? Bo sernik, na ten przykład, to jest dzieło sztuki. A placki ziemniaczane? No, to przecież żarło jest , po prostu.
No i jeszcze nazwa: solanum tuberosum, bulwa z rodziny psiankowatych. I śmiech na sali, psia bulwa. I to w dodatku trująca. Koniec świata!
Ale, wiecie co? I tu nastąpił zwrot akcji. I zrobiło się ciekawie. Otóż, ziemniorów sami natarli! Do takich balii jakby prostokątnych, złotem, imaginujcie sobie, wykładanych od środka. Że to niby smak poprawia i chrupkość zwiększa o ileśtam czegośtam. I tę skalę chrupkości w jakichśtam popierdółkach dzielonych przez jakieśtam milipodśmiechujki, specjalnie do placków ziemniaczanych wynaleźli. Tak, tak.
Jak wylądowali ( na gargamelu sąsiada, nota bene) to tak się złożyło, że mężuś tegorocznych natarł i cebulki młodej żeśmy kupę wielką na złocisto do tych młodych startych dodali i właśnie na słonecznikowym (i skończyć mi proszę te herezje o rzepakowym ) na chrupko zaczęliśmy smażyć. No, i właśnie w takiej chwili wylądowali na miejscu, gdzie przed chwilą stał gargamel sąsiada (hi, hi) i wylegli stadem na tych swoich koślawych nóżkach. I do mężusia: "Take us to your leader! " Oraz, klasycznie: "We come in peace!"
A mężuś do nich: "A w kolejkę mi się tu ustawić! I dzioby, czy co tam macie, na kłódkę! " Każdemu w te łapki krótkie trójpalczaste talerz wcisnął , porządek zaprowadził. Grzecznie stali i każdy po kolei po placuchu z mizerią ze świeżych ogóreczków z koperkiem i śmietaną wciągnął. W międzyczasie zawitała do nas delegacja zwolenników placków ziemniaczanych z cukrem, frakcja serowa oraz maszerujące zwartym szykiem przedstawicielstwo mniejszości dietetycznej próbujące przemycić wytwory z marchewki i (O! Zgrozo!) cukinii. Ci ostatni uciekli szybciej niż przybyli, a ich pogłowie znacząco się zmniejszyło. Ciekawe ... A, niech tam.
I takim oto sposobem, cała cywilizacja zmieniła kierunek z podboju galaktyk na uprawę ziemniaków na wszystkich planetach jakiegoś tam układu planet krążących wokół trzech słońc, co po naszemu ma nazwę z przypadkowych (chyba) literek i cyferek, a po ichniemu jakieś tam gulgulgul.
A teraz, dla dobra całej ludzkości, będziemy z mężusiem smażyć im placki na drogę. No, oczywiście , ja smażyć mogę. Tylko, wiecie, żeby to nie była moja wina, ale teraz pochodzicie z PKP (Planety Kartoflanego Placka).