Kto ich wysłucha

Kto ich wysłucha
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/generative-ai">Generative Ai Stock photos by Vecteezy</a>

Uszczypnąłem się w ramię. Ból rozwiał wątpliwości - to nie był sen. Moje ręce drżały na kierownicy. Każda komórka mojego mózgu wrzeszczała "zawracaj!". Tak. Chętnie. Nawet bardzo. Tylko, że droga za mną przestała istnieć. Dosłownie przestała istnieć.

Że też mnie robota zawsze musi gdzieś dogonić! Zlecenie wykonane, należność pobrana i trzeba było, po bożemu, prosto do domu jechać! Szlag by to trafił, cholera jasna! Skrótów się zachciało! Po nocy! Bo co?! Bo mooooże dziesięć minut wcześniej zajadę! Zamiast się, psia krew , trzymać krajowej, się na trasę widokową skręciło! Widokową! Po nocy! W deszczu! W listopadzie! No, jakby mi to który opowiedział, to bym mu powiedział, ze jest idiota. No, proszę bardzo, proszę! Ku..., ale ze mnie idiota! Bo tablica stała "ciasto domowe całą dobę "?! Ciasta, idioto, nie widziałeś?! Bo dziewczyna ładna taka z talerzem pełnym ciasta na tej tablicy...?! Żeż ty dziadu stary a durny! To tyle wystarczy, żeby ci rozum odebrało?! Nooooo pięknie! Pogratulować!

Zwolniłem, bo mnie jakiś , no wiecie, musiał wyprzedzić. A jak zwolniłem, to patrzę - tablica. No to jeszcze zwolniłem, bo tu żadnej tablicy ostatnio nie było. Ostatnio, czyli dwa...nie, trzy tygodnie temu - czyli całkiem ostatnio. No i w moich własnych światłach widzę ciasto, dziewczynę (po co mi to ...?!) i skrót. Skrót w prawo. I tknęło mnie. Wiecie , nie tak z rozumu, tylko z bebechów. Nie pierwszy raz przecież. No i trzeba było olać! Ale tego skrótu tutaj też nie było. Tylko las. No, więc zaczynam uzasadniać . Myślę "skręcę, odpoczynek się przyda, a przy okazji obejrzę sobie co to za skrót". Zamiast pomyśleć, zamiast wnioski wyciągnąć - takie "przypadkowe" zmiany planów nie są przypadkowe! Że "spontaniczne " decyzje nie istnieją! Ale, cóż, zmęczony byłem, głodny. Więc - jadę.

Szosa asfaltowa ale zaniedbana mocno. I, zważywszy, że jej tu ostatnio nie było, miała wygląd drogi, która nie dość, że była tu od dawna, to jeszcze nikt jej nie odnawiał przynajmniej od czasu, kiedy syrena 104 była cudem techniki. Nawierzchnia przez pierwszy kilometr, powiedzmy, w miarę. Im dalej , tym gorzej. Nie zawróciłem wtedy. Dlaczego? A cholera wie. No, nie zawróciłem ! Chociaż czułem już co się kroi, nie zawróciłem ani na początku ani po piątym kilometrze kiedy asfalt był już dziurawy i spękany.

Na peryferiach widzenia zacząłem rejestrować cienie między drzewami poruszające się równolegle do samochodu. Willys stęknął na szczególnie paskudnej dziurze więc zatrzymałem się nie wyłączając silnika, żeby ocenić, czy uda im się mnie zniechęcić. Tak daleko , jak sięgały światła samochodu ( nie zbyt daleko) droga była, powiedzmy, akceptowalna. Obejrzałem się więc, żeby ocenić stan sprzętu, który wrzuciłem na tylne siedzenie z twardym postanowieniem, że zrobię porządek od razu po powrocie. Sprzęt był. Podniosłem wzrok - drogi nie było. Był ... las.

Droga, którą przyjechałem została wytarta z pamięci rzeczywistości. Cholera! Za późno! Teraz już się nie wykręcę. A trzeba było zawrócić! Tuż za tylnym zderzakiem mojego samochodu stoi las, tak samo stary i gęsty jak po mojej prawej i lewej...Ręce zaczynają mi się trząść z nerwów , ale i ze zmęczenia. Podnoszę wzrok. Co do jasnej...!?! Przez tę sekundę kiedy kontemplowałem las za samochodem, krajobraz przed maską zmienił się nie do poznania.

Zamiast dziurawej szosy miałem przed sobą wysypany rzecznym żwirem, niewielki placyk otoczony krzywymi lampami. W żółtoburym świetle oblepionych martwymi owadami żarówek widać było, że pojazdy zaparkowane na placyku stoją tu kilka , a może nawet kilkanaście lat. Na obrzeżach placu widać było bezładne stosy nieokreślonych przedmiotów. Podszedłem z ciekawości: resztki powozów, wozów chłopskich i dziesiątki końskich szkieletów.

I wreszcie, w głębi, tuż za plamą mętnego światła lamp i reflektorów mojego samochodu, w cieniu nastroszonych krzaczorów, budynek - niewątpliwy winowajca i powód mojego nieuchronnego spóźnienia na kolację.

Wyłączyłem telefon. Nowoczesna technologia bardzo przeszkadza w mojej pracy. Od trzydziestu lat jeżdżę po tej części kraju odnajdując miejsca, które naruszają ciągłość niewidocznej membrany oddzielającej nas od tego czegoś, co jest po drugiej stronie. Miejsca, w których zagrzebano paskudne sekrety. I albo zagrzebano je nie dość głęboko, albo było ich zbyt dużo - tak czy tak, sekrety zaczęły się wygrzebywać raniąc i drąc naszą rzeczywistość. W miejscach gdzie rany nie dość szybko zamknięto wyłaziły, jak gnijące muchomory, potworności takie jak ta , którą miałem przed sobą.

Włączyłem szperacze Willysa - porządny stary samochód, nie do zajechania i zero elektroniki. W ostrym świetle ukazał się drewniany, zrujnowany budynek. Okna jak zapadnięte niewidzące oczy , przesłonięte gnijącą strzechą jak brudnymi kudłami. A z przodu wielka tablica, na której paskudny stwór ( dziewczyna, cholera jasna!) trzymał przed sobą michę jakiejś obrzydliwej mazi. No i wszystko jasne. Tyle, że to jeszcze nie to.

Ludzie trzymają się z daleka od takich miejsc. Tworzą się lokalne legendy o grzybiarzach, którzy próbowali opowiedzieć o potwornościach napotkanych w lesie, ale gdy otwierali usta wydobywał się a nich tylko niezrozumiały bełkot. Albo o idiotach z lokalnego klubu Ghost Busters, którzy po halloweenowej nocy spędzonej w lesie szli boso aż do najbliższego posterunku policji, gdzie okazało się , że zostali na zawsze zamknięci w swoich głowach i do końca życia nie wydusili z siebie ani słowa. Tak, więc, większość ludzi unika takich miejsc nie wiedząc często nawet dlaczego. Ale czyste zło potrafi dostroić się do ciekawskich, do ryzykantów, do głupich...

Przyjrzałem się : na wpół zapadnięty drewniany budynek, z pozoru nic niezwykłego . Trzymał się ledwo ledwo. Dach z jednej strony zapadł się zupełnie, a ściany w jakiś niezrozumiały sposób załamały się do środka jak zapadnięte policzki gnijącego trupa. Drzwi wejściowe krzywo zamknięte...Klamka drzwi wejściowych poruszyła się lekko. Wyraźnie ktoś, lub coś , chciało wydostać się na zewnątrz. Wyłączyłem światła Willysa i przez chwilę stałem w ciemności zanim moje oczy przyzwyczaiły się do marnego światła rzucanego przez lampy na placyku.

Klamka poruszyła się znowu, drzwi bezgłośnie otworzyły się uwolnione od zamka uchyliły się pod własnym ciężarem. Zza drzwi powoli, jak gęsta, zastygająca smoła, zaczęła wylewać się ciemność Nie po prostu brak światła, ale coś znacznie bardziej odrażającego.

- Dosyć tego. Pokaż, co tam masz! -Mruknąłem do siebie i przełączyłem szperacze Willysa na ultrafiolet. Czarne światło wyrwało z niebytu całe stosy szkieletów i ciał w różnym stopniu rozkładu.

Oto kto mnie tu przywołał.

Widzicie, w takich miejscach gdzie przeszłość odmawia pozostania w przeszłości, zmarli nie boją się mówić i nie zaznają spokoju dopóki nie znajdą kogoś, kto ich wysłucha.