Malutkie, białe kosteczki

Malutkie,  białe kosteczki
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/night">Night Stock photos by Vecteezy</a>

#Przy naszym domu rosło drzewo. Może to nie jest porywający początek, ale zacząć jakoś trzeba.

To było bardzo stare drzewo.

Już sam nasz dom był stary. Stary, drewniany, z ogromnych , dębowych bali. A te dęby w ścianach miały sporo setek na koncie kiedy jakiś praszczur mojej rodziny zamordował je, żeby zbudować dom. Tak, więc, biorąc pod uwagę wiek dębów w ścianach, ten dom miał pewnie z tysiąc lat.

Ale drzewo rosło tu wcześniej. Z jakichś niezrozumiałych, albo może po prostu, zapomnianych, powodów wspomniany praszczur-budowniczy wbudował drzewo w dom.

Dom zbudowano na prostym planie imponująco wielkiego prostokąta,zmyślnie zorientowanego według stron świata. A w południowo - zachodnim rogu skonstruowano wcięcie w obu schodzących się ścianach, głębokie prawie na dwa metry z każdej strony. W efekcie, drzewo zostało otulone domem z dwóch stron. Wtedy iiprawdopodobnie tak to wyglądało, bo za moich czasów drzewo było już tak wielkie, że jego pień rozdarł potężne dębowe ściany i stał się częścią domu. Drzewo trwało kryjąc pod gałęziami nasz dom, a dom trwał razem z nim chroniony przez drzewo przed...no i tu się robi ciekawie.

Omijały nasz dom burze i powodzie; pożary i fronty wojenne; nikt w domu nie chorował, nie miał wypadku, nie zaraził się czarną ospą, nie udławił się ością, nie połknął osy, nie skaleczył się zardzewiałym gwoździem, nie spadł z drzewa, nie wbił sobie w palec igły podczas przyszywania guzika, nie uderzył się młotkiem w palec wieszając portret pradziadka, nie dostał rozstroju żołądka zeżarłszy po cichu pół czekoladowego tortu. Wymyślajcie co chcecie - u nas się to nie zdarzyło. Każdy mieszkaniec domu żył długo i zdrowo. I tak jak rodziliśmy się w domu, tak każdy mieszkaniec domu między osiemdziesiątym piątym a dziewięćdziesiątym piątym rokiem życia po prostu któregoś poranka nie budził się ze snu.

Przeczytaliście uważnie poprzednie zdanie? Każdy mieszkaniec domu...

Kiedy byłem smarkiem, miałem wujka. Był najmłodszym bratem mojego taty. Uwielbiałem go. Był niepoprawnym marzycielem. Uważał, że prawdziwe życie toczy się gdzieś tam. Czytał i czytał a potem opowiadał dzieciakom historie o zaginionych plemionach na oceanicznych wyspach, o piramidach zasypanych piaskami pustyni, o karawanach, żaglowcach, kopalniach złota, tajemniczych labiryntach i morskich głębinach. O tym, że można nurkować nad rafami koralowymi, że można zdobywać górskie szczyty, że można żeglować pod białymi żaglami, i że prowadzą cię wtedy stada delfinów wyskakujących ponad szmaragdowe fale. A tyle miał w sobie ognia, tyle życia, tyle ciekawości świata...i tyle żalu, że żyje tu w zamknięciu.

Wyjechał, choć wiedział, jak my wszyscy, że drzewo dbało o nas, ale też było bezlitośnie zazdrosne. Wziął ze sobą mały plecak, wycalował wszystki i obiecał, że będzie pisał co miesiąc. Zginął następnego dnia rozszarpany przez, według policyjnego raportu, "niezidentyfikowane zwierzęta." W trumnie pochowaliśmy tylko jego lewą stopę.

Jeżeli ktoś urodził się w domu, nie mógł go opuścić bezkarnie. Można pewnie powiedzieć, że to niewysoka cena za bezpieczne, zdrowe i dostatnie życie. Długo też tak uważałem. Długo nie wiedziałem jak potwornej ofiary żąda od nas Drzewo za opiekę.

Chroniło nas przed przypadkami, wypadkami, zbiegami okoliczności, przed konsekwencjami naszych decyzji. A przecież to wszystko jest częścią życia. Wmówiło nam, że ten bezpieczny marazm, w którym się umościliśmy, był prawdziwym życiem. Głosiliśmy, że ukrywamy się pod opieką drzewa, żeby żyć, podczas gdy tak naprawdę ukrywaliśmy się przed życiem. Jak to możliwe, że wszyscy przede mną godzili się a to bez słowa sprzeciwu?! Ale nie ja. Nigdy!

Spaliłem dom. Spłonął do ziemi. A Drzewo spłonęło razem z domem. Wyło, ryczało, skręcało się jak żywe, usiłowało dosięgnąć mnie gałęziami, ale polewałem je naftą, benzyną, alkoholem, aż nie zostało nic. A my, bez drzewa i bez domu zaczniemy wreszcie żyć. I będziemy żyć prawdziwym życiem - z katarem i zachodem słońca nad pusta plażą. Za wypite wino zapłacimy bólem głowy. Pogryzą nas komary nad jeziorem, poparzymy się gorącym ziemniakiem wyciągniętym z ogniska, kumpel rozkwasi nam nos bo zapatrzymy się na nogi jego narzeczonej. No i co? I to jest piękne, bo to będą nasze decyzje. A jaki będzie ich skutek? Przecież nikt nie wie na pewno, co go spotka. Gdybyśmy się ciągle nad tym zastanawiali, życie omijałoby nas wielkim łukiem. Zamieniłem nasze życie w złotej klatce na prawdziwe. Czy miałem prawo decydować za innych? Czy miałem prawo pozbawić ich opieki drzewa? Pozwólcie, że wyjaśnię.

Żyliśmy w klatce, ale nie była zrobiona ze złota. Równo co dziesięć lat, aby zasłużyć na kolejne dziesięć, w korzeniach drzewa zakopywaliśmy żywcem jedno z naszych dzieci.

Te kraty nie były zrobione ze złota. Tworzyły je malutkie, białe kosteczki.