Mount Shasta
Było u nas w domu kiedyś takie lustro. Takie...duże bardzo, Prostokątne. Długie. Ze trzy razy dłuższe niż szerokie. Nie wiadomo jakim sposobem przygwożdżono je pod samym sufitem tak...no...w poprzek. Albo raczej skosem. Jakoś tak pod samym sufitem, ale częściowo na suficie, takie przechylone. Bez sensu. Kompletnie nic w nim nie było widać. Znaczy, coś było widać. Tyle, że nie wiadomo co.
Lustro było stare, szkło mętne a warstwa tego czegoś pod spodem, no tego, co faktycznie odbija obraz, była podrapana w dziwny sposób. I żeby nie wiem jak się wychylać, podskakiwać czy czołgać, nikt nigdy swojego dbicia nie zdołał zobaczyć. Może czasem kawałek cienia i tyle.
Po jakiego robaczywego muchomora te pół tony bezużytecznego badziewia wisiało nam nad glowami?
Wisiało nie całkiem wiadomo jakim sposobem, zupełnie nie wiadomo w jakim celu i jakby jeszcze było mało, w dziwacznej czarnej ramie. Rama byla miejscami szeroka, a miejscami jakby coś zostało z niej odłupane, ale bardzo dawno ponieważ miejsca, w których czegoś brakowało były już prawie całkiem gładkie i zdążyły niemal zrównać się kolorem z nieuszkodzonymi elementami. Czyli były prawie czarne. Czy to było drewno, czy coś innego - trudno powiedzieć. A pomacać się nie dało, no bo za wysoko. A że lustro było tylko jednym z nienormalnych przedmiotów obecnych w naszym domu od zawsze, w zasadzie na codzień nikt nie zwracał na nie uwagi. Jedynie podczas świąt czy imienin, zadziwiająco regularnie, ktoś zadawał pytanie o to lustro. No i od razu wiadomo było, że to nikt swój. Wiecie, u nas na święta nakrywa się stół na ponad sto trzydzieści osób - wiadomo, że zawsze znajdzie się ktoś na krzywy ryj. Zazwyczaj sąsiedzi, czasem ktoś młodszy przemycał całą klasę, żeby zapunktować. Na takie ekscesy babunia przymykała oko. Ale bywało, że za sąsiada czy licealistę podawał się ktoś... no... ktoś inny. I gdy padało pytanie o lustro a babunia wstawała od stołu wszyscy milkli, żeby popatrzeć jak babunia, z jednym ze swoich najbardziej przerażających uśmiechów niewinnej staruszki, łagodnym gestem zaprasza pytalskiego do holu, żeby opowiedzieć historię lustra. A biesiadnicy nastawiali ucha - może tym razem uda się podsłuchać. Rozmowa w holu zawsze przebiegała tak samo. Najpierw cichy glos babuni, potem jakby kryształowe dzwoneczki i odgłos kroków po blaszanym dachu, jakiś stłumiony okrzyk i babunia wracała tanecznym krokiem, uroczo uśmiechnięta, popychając przed sobą pytalskiego. Pytalski siadał na swoje krzesło i wszyscy chcieli go zobaczyć zanim dojdzie do siebie. Komuś dymiło z uszu, ktoś inny zamiast nosa miał muchomora- było na co popatrzeć.
I każdy pytek, jak już w miarę doszedł do siebie, uciekał jak najdalej od naszego domu. Wszyscy się wyprowadzili - większość na Alaskę. Dwóch czy trzech do Patagonii. Jeden zgłosił się na ochotnika do testów prototypu maszny do podróżowania w czasie. A jeszcze inny przeszedł śpiewająco rytuał Sokushinbutsu. Dwa razy!
Ale lustro kusilo nie tylko nieproszonych gości. W zasadzie, statystycznie, można było przypuszczać, że kiedyś ktoś z rodziny też zrobi jakieś glupstwo. No i , statystycznie, wiadomo było, że to będzie szwagier. No i szwagier (wiecie który, ten dureń) pod nieobecność babuni, która wybrala się akurat do Makao w celu pomnożenia rodzinnych aktywów... Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego do Makao, otóż dlatego, że do LasVegas i Atlantic City babunia ma całkowity zakaz wstępu. Monte Carlo, zdaniem babuni, jast nudne o tej porze roku, a Navajo znają wszystkie babuniowe sztuczki i babunia wpada do nich tylko na kielicha.
No więc, szwagier, dureń, wyczekał aż babunia przyśle selfie znad stołu do black jacka i zgromadził w holu pod lustrem kilkadziesąt przedziwnie niepasujacych do siebie przedmiotów. Tytułem, jak obwieścił, mocno z siebie zadowolony, przeprowadzenia naukowych eksperymentów.
Mieszkańcy naszego domu zaczęli się ulatniać nie czekając nawet na wyjaśnienia, a co dopiero na same eksperymenty! Stryjeczny brat kuzynki Edwardy coś tam mówił, że się zgłosił na ochotnika do liczenia populacji myszoskoczków na pustyni Gobi. Jego młodsza siostra cioteczna, Klarcia, twierdziła, że jedzie do Parku Yosemite badać dziury w kurtynie międzywymiarowej na górze Shasta. Wszystkie siedmioraczki, dzieci młodszej kuzynki cioteczki Jadzi i ktoregoś tam pociotka stryjcia Floriana, pobiegły za Klarcią wrzeszcząc unisono, że zamierzają świętować swoje osiemnaste urodziny (wypadające za trzy dni ) w Australijskim outbacku i po powrocie dadzą koncer na siedem didgeridoo. Stryjenka Lodzia, zanim trzsnęła dzrzwiami, powiedziała słodkim głosem, że chętnie by mnie odwiedzała, ale tam, gdzie mnie babunia wyśle razem ze szwagrem, z całą pewnością odwiedziny są zabronione.
Jednak wększość rodziny ulotniła się bez słowa. Nikt nie próbował przemówić szwagrowi do rozumu - bo wiadomo, że ze szwagrem nie da się jak z mądrym. Trzeba wszystko łopatą, apotem jescze raz pismem obrazkowym - dla słabszych.
Tak, że w związku z powyższym, przywaliłem szwagrowi łopatą przez łeb. Dla jego własnego dobra, oczywiście.
Nie wszystko przewidziałem. Łopata wymsknęła mi się z rąk i , wirując jak jakiś szalony helikopter, grzmotnęła w lustro. A potem wróciła babunia. Opowiem, co było dalej jak już purchawki przestaną wypadać mi z nosa.
A tak na marginesie, wie ktoś może, którędy na górę Shasta?