Mowa nienawiści
I po co mi to było! W papierach stało jak wół "posiadłość " i jeszcze "elegancki dom z dużym ogrodem ". Ha, ha, ha. Całkowicie nieadekwatny dobór słów. Źle mówię, perfekcyjny dobór słów, żeby kogoś zrobić w trąbę.
Zważyłam w dłoni pęk kluczy na sporej żeliwnej obręczy. Wyglądały na ciężkie, ale były cięższe niż wyglądały. Wśród stojących wzdłuż spokojnej ulicy domów, zaniedbany ogród za przerdzewiałym ogrodzeniem drażnił jak czarny zgniłek wśród równiutkich, zadbanych ząbeczków. Oj, bez wątpienia raził. Oj, raził! Trzeba będzie się tym zająć. Kiedyś. Bardzo kiedyś. I te paskudne, trzymetrowe, rozczochrane tuje zdecydowanie muszą odejść! Brrrrr!
Odnalazłam zardzewiałą bramkę w ogrodzeniu oplątanym przerośniętym, zachwaszczonym żywopłotem. Bramka też obrośnięta, a na dodatek, między prętami ulokowały się największe pokrzywy jakie w życiu widziałam! Spacyfikowałam pokrzywy torebką na tyle, że, chociaż niechętnie, odsłoniły zamek - duży, zardzewiały, z otworem na klucz w kształcie nierównej pięcioramiennej gwiazdy. Przyjrzałam się kluczom dokładnie. Bez wątpienia robione ręcznie, były albo duże i paskudne albo bardzo duże i odrażające. Było ich kilkanaście, razem ważyły ze dwa kilo. Wybrałam klucz, włożyłam w zamek, a klucz obrócił się w zamku lekko i gładko i ... w zasadzie obrócił się sam. To znaczy, na pewno nie sam! Bo to nie jest możliwe! Nie jest możliwe, prawda? Noooo , doooobra. Hmmm. Bramka, choć dramatycznie zardzewiała, otworzyła się lekko i cicho jak tylko dotknęłam jej dłonią.
Nooooo, dooobraa! Co tu się w zasadzie wyrabia, hę? Wejść? Czy nie wejść? Dobra, dobra. Wejdę , ale za chwilę. Wsunęłam do kieszeni dwa płaskie kamienie, a trzecim zablokowałam bramkę. No dobra. Wchodzę. Albo... wchodzę, wchodzę.
Ogród to w zasadzie dżungla, ale póki co, to jeszcze nie jest mój problem. Łoooooo, dom nie wygląda zachęcająco. Nie, nie , to nie jest rudera. Spodziewałam się jakiejś nory, ruiny. Nie. Wygląda jakby wczoraj kupił go.... ktoś tam. Bogaty, ale zdrowo kopnięty w potylicę. Okna ma w dziwnych miejscach. Niemożliwych. I mają bezsensowne kształty. I dach jest... to tu, to tam. A drzwi... no, ma drzwi. Tylko bardziej w poziomie... a nie, jednak nie. Chociaż chyba jednak...
Sam dom wydaje się odchylać, to znów przykucać jakby próbował schować się za rozkudłanym żywopłotem. Zdecydowanie w głowie mi się kręci. Tak. Zdecydowanie tak. Kręci mi się w głowie. Wiadro kawy i nic do jedzenia. Normalne, że się kręci w głowie. Nienormalne, że dom się kręci. Kobieto, pobudka! Wybór należy do ciebie! Tak jest. Skończę z tym jak najszybciej i wrócę do hotelu na śniadanie. Dobry plan. Teraz tylko muszę trzymać się planu.
Na drzwiach wejściowych wielka kłódka przytrzymywała olbrzymią sztabę. Pasujący klucz też był wielki, a kłódka dosłownie go wessała i sztaba podniosła się bez mojej pomocy. No, a drzwi... drzwi zdecydowanie otworzyły się same. Cholera, coś nie tak z moją głową, bo już mnie to szczególnie nie dziwi. Zablokowałam drzwi drugim kamieniem. Dobra, wchodzę. W końcu to teraz mój dom.
Zanim weszłam zbadałam organoleptycznie powietrze wewnątrz. Prawniczka, (a raczej praktykantka, która, biedactwo, była ostatnia w kolejności dziobania i nie mogła odmówić kiedy wypchnięto ją w moją stronę zatrzaskując mi przed nosem drzwi kancelarii) drżącym głosem wyjaśniła , że zanim wujaszka znaleziono, minęły co najmniej trzy tygodnie i zdążył już stopić się z fotelem, a nawet częściowo przesączyć się między deskami do pomieszczenia poniżej. Śliczny obrazek. Bomba, po prostu. Tylko w ramki i na ścianę.
Powietrze było zdatne do oddychania więc weszłam w mroczny korytarz. I wtedy zapaliły się światła.
Wewnątrz dom był niepokojąco większy niż na zewnątrz. Rozsądnie doszłam do wniosku, że, o ile nie jest to problem ulokowany w czeluściach mojej mózgownicy, to sam banalny fakt rozbieżności gabarytów tego (z braku lepszego słowa) domu, póki co, nie jest jeszcze najważniejszym z moich problemów.
Ponieważ przede mną ciągnął się korytarz bez końca. Do tego stopnia bez końca, że zupełnie serio ginął za horyzontem. Co kilka metrów, po obu stronach, drzwi. Żadnych okien. I wszystko pokryte grubą warstwą zielonkawego kurzu. Rzuciłam przed siebie trzeci kamień. Spadł bezgłośnie, a w kurzu rozeszły się kręgi jak na wodzie. Stałam nieruchomo. Drobinki kurzu wirowały w wąskiej smudze słońca. I wtedy drzwi po mojej prawej stronie zaczęły się otwierać wolniutko. Przestałam oddychać na chwilę. W kurzu pokrywającym pionową powierzchnię drzwi odcisnęły się, jeden po drugim, ślady czterech bardzo długich palców.
Wstrzymywałam oddech tak długo aż płuca zaczęły płonąć i odetchnęłam głośno. O wiele, wiele za głośno. Wszystkie drzwi po obu stronach otworzyły się z trzaskiem. Korytarz wypełnił się dźwiękiem dziesiątek ciężkich kroków, a gęsta chmura zielonego pyłu uniosła się do góry. Zwariowałam. Bo jeśli nie zwariowałam...
Postanowiłam zająć się swoim zdrowiem psychicznym w bardziej dogodnym momencie i kopniakiem otworzyłam na oścież drzwi podparte kamieniem. Do holu wlały się promienie zachodzącego słońca, a ja obejrzałam się (durna!) i wierzcie mi: było przed czym uciekać! Wybiegłam na ulicę. Obejrzałam się jeszcze raz. Tłum wściekłych trupiastych potworów kłębił się na granicy światła.
-A żeby was jasna cholera! Z wujaszkiem na czele! Sprzedaję to całe dziadostwo pod stację benzynową! Albo, lepiej! Ha! Oddam za darmo! Pod kościół !!!
Zatrzasnęłam za sobą bramkę. Ulica wyglądała zwyczajnie. Słońce spokojnie przeszło sobie na zachodnia część nieba. Było ciepło, śpiewały ptaki. Adrenalina wyparowała i zaczęłam się trząść więc usiadłam na krawężniku. Za mną skrzypiały zamykające się drzwi. Zanim trzask opadającej sztaby poderwał mnie z krawężnika, drwiący, ochrypły głos rzucił w moją stronę:
- I po co od razu ta mowa nienawiści?