Nic nas nie zatrzyma
Stare domy zachowują się inaczej. Cienie są wyraźnie dłuższe niż powinny, z kątów dochodzą dźwięki, podmuchy powietrza pojawiają się nie wiadomo skąd i znikają równie niespodziewanie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to wina starzejącej się konstrukcji, zmurszałego drewna, wypaczonych podłóg i ścian. Ale pozostałe dziesięć procent...
To nie przypadkowy podmuch zrzuca zdjęcie ze ściany, to nie cień popycha cię w dół przegniłych schodów do piwnicy, to nie trzeszcząca podłoga powtarza ci szeptem wprost do ucha "zginiesz tu, zginiesz!"
Trzymamy się blisko siebie. Mamy latarki, ale jesteśmy przezorni. Oszczędzamy baterie. Tylko pierwszy i ostatni oświetlają korytarz. Trzymamy się wzajemnie za bluzy i swetry. Tylko wspólnie mamy jakąś szansę. Każdy ma jedną rękę wolną, żeby móc sięgnąć po sól albo srebrny łańcuch. Mamy spryskiwacze wypełnione święconą wodą, w ubraniach zaszyte maleńkie zwoje z ochronnymi cytatami z Tory i Koranu. Poprzyszywaliśmy i poprzyklejaliśmy do ubrań amulety z kutego żelaza i tarniny. Mamy woreczki z lekami i łapacze snów. I tatuaże nad sercem, na plecach i z tyłu głowy. Wszyscy pomagali, jak kto potrafił. Ćwiczyliśmy tę akcję, ale nikt się nie spodziewał, że światło latarki na przodzie zdoła oświetlić tylko metr może dwa, dalej ginąc jak w czarnej dziurze. A korytarz w dziwaczny sposób zakręca, zawija i zapętla się sam ze sobą. Światło ariergardy, wbrew naszym planom, nie ułatwi nam powrotu: faluje jak rozgrzane powietrze nad asfaltem i coś je pcha w naszą stronę jakby było materialne, plastyczne i gęste. Wydawało nam się, że pójdzie w miarę... no jakoś pójdzie. Mieliśmy wejść, jak się da, odzyskać co nasze, i wyjść. Jak się nie da odzyskać, to nie będzie miało żadnego znaczenia czy wyjdziemy czy nie. Nie będzie po co żyć. Żeby chociaż nasza śmierć miała sens, zniszczymy co się da.
Omawialiśmy to wiele razy, ale nie przewidzieliśmy wielu rzeczy. W tej chwili nie było jak się zatrzymać choćby na chwilę, żeby omówić dotychczasowy przebieg akcji. Coś poruszało się za nami sycząc groźby i szepcząc kłamstwa. Naprzód - to jedyny kierunek.
Ten dom, to jedno z takich miejsc, których nie ma. Nie mają prawa być. Ludzie wiedzą, albo wierzą, że ich nie ma. Inni zaciskają powieki i dłonie, zaklinając rzeczywistość. A rzeczywistość jest taka: te miejsca istnieją. Istnieją i panoszą się w naszym świecie. I chociaż umysł krzyczy "coś takiego nie istnieje! " wszystkie zmysły, nawet te, o których nie wiecie, że je macie, udowadniają coś przeciwnego.
Złe miejsca.
Ten dom, podobnie jak inne, nie narodził się zły. Zbudowany z drewna i kamienia, ten dom nie miał szczęścia. Od początku nie mieszkali w nim dobrzy ludzie, a im więcej złego działo się w tym domu, tym większe zło do siebie przyciągał. Wreszcie, miara zła przekroczyła ziemskie granice i dom przestał być domem. Perkalowe firanki ustąpiły miejsca burym szmatom wydymającym się bez wiatru jak balony. Chodniki i dywany przesuwały się i wiły nieustannie jak obcięte kończyny gigantycznej jaszczurki. Korytarze zawijały się w przestrzeniach światów a ucieleśnione zło znalazło miejsce, w którym mogło rosnąć żywiąc się narastającym w okolicy strachem. Szara, cuchnąca pleśń strachu rozpełzała się po okolicy i nie było przed nią ucieczki. A dom-nie-dom trwał.
Sąsiedzi zaczęli odgradzać się od niego. Z roku na rok, rosły płoty wzmacniane kamieniami. Z dziesięciolecia na dziesięciolecie, coraz grubsze były kamienne mury układane bez zaprawy w miejsce zmurszałych płotów. Mury coraz gęściej obrastały jeżynami, pokrzywami, czarnym bzem i tarniną. A wszystko to w nadziei, że uda się wymazać istnie domu. Jednak, od strony ulicy, ogromna żeliwna brama szczerzyła zardzewiałe zębiska i w jakiś sposób, w nocy niszczyła wszystko, czym próbowano ją zasłonić w dzień. Któregoś roku, wyjątkowo odważni sąsiedzi zabili okna parteru i drzwi wejściowe starymi dębowymi deskami, w naiwnym przekonaniu, że zło pozostanie w środku. Ale zło, w towarzystwie obrzydliwego smrodu, zaczęło przesączać się przez zrujnowane ściany, wypaczone podłogi i dziurawy dach. Zalało całe sąsiedztwo nieszczęściami, nienawiścią, strachem, smutkiem i bezsilnością.
Moglibyśmy dalej udawać, że tego domu nie ma. Moglibyśmy zaciskać oczy i zaklinać rzeczywistość, mając nadzieję, że ktoś, kiedyś zdoła wyrwać się stąd, że ktoś znajdzie sposób. I wtedy, w ostatecznym ataku, sądząc, że zgniecie nas, skruszy, że padniemy na kolana pokonani ostatecznym ciosem, dom zabrał nasze dzieci.
Zło tego nie zrozumie. Nie zrozumie nigdy.
Jesteśmy rodzicami. Nic nas nie zatrzyma.