Nie nasza...

Nie nasza...
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/horse">Horse Stock photos by Vecteezy</a>

Szerokim, szutrowym traktem jechała niespiesznie pomalowana w czerwonożółte maziaje wysoka dwukółka ciągnięta przez niewiarygodnie dużego, smoliście czarnego ogiera. Trzymająca lejce starsza kobieta,  delikatnym ruchem dłoni zatrzymała konia przed drewnianym mostkiem.

-Stój, Wars, - poprosiła zadziwiająco młodym, melodyjnym, ciepłym głosem. - Już nie daleko?

Kary wskazał wyraźnym ruchem głowy. W  odległości może kilometra widać było wiejskie zabudowania i dym nad jedynym  dachem. I było cicho. Bardzo,  bardzo cicho.

Zeszli z mostka nad strumień. Koń uwolniony z uprzęży,   która dla postronnego obserwatora mogła w tej chwili sprawiać wrażenie narysowanej w powietrzu. Napili się, kobieta przetarła konia garścią trawy, nabrała wody do dwóch dzbanów. Po chwili, z drugiej strony mostka zjechał mały, pomalowany na niebiesko  mieszkalny wóz  ciągnięty przez komicznego, grubiutkiego kuca.

- Oj, przyjacielu- roześmiała się siedząca na koźle młoda kobieta z grubym , czarnym warkoczem i wiankiem z niebieskich  margerytek na głowie. Kuc odwrócił głowę i mrugnął  do dziewczyny pokazując w oczywistym uśmiechu żółte zębiska.

We wsi nie było nikogo . Mieszkańcy pochowali się i tylko w jednym oknie zadrżała koronkowa firaneczka. Tłumnie na drogę wyległy tylko wiejskie koty. Zawsze tak było,  zamykali dzieci w piwnicach, wszystko inne co tylko mieli żywe zamykali w stodołach , chlewikach, komórkach . Wzywali ją, gdy była ostatecznym ratunkiem. Błagali, by zabrała ból i cierpienie, by przspieszyła, co nieuniknione. Ale bali się wszyscy. A ona ...lubiła koty, lubiła wszystkie stworzenia,  ale... niech im będzie..

Dym z komina był zaproszeniem. Zatrzymali się . Czarnowłosa kobieta wzięła z wozu dzban z wodą. Drzwi chaty otwarto od środka,  ale nikt nie wyszedł na powitanie. Kobieta przestąpiła przez próg.  Było ciemno więc delikatnym ruchem dłoni zapaliła nieistniejące świece. Przy drzwiach kuliła się wymizerowana dziewczynka, której przypadło otworzyć drzwi. Nie był to zaszczyt. O,daleko do tego! Widać ta dziewczynka była zbędna. Karmili ją rzadko i byle odpadkami, Miała skupić na sobie gniew i wściekłość kostuchy. Gniew i wściekłość! Czarnowłosa westchnęła. Pogładziła dziewczynkę po buzi , włożyła jej na rozczochraną główkę swój wianek z niebieskich margerytek i podała jej dzban.

-Gdzie?

Dziewczynka uniosła drżącą, pokrytą sińcami rączkę i wskazała koślawą kołyskę stojącą przy przysadzistym piecu. W kołysce leżało dwoje maleńkich dzieci. Nieruchomych i cichutkich. Reszta mieszkańców domostwa kuliła się pod ścianami.  Czarnowłosa podeszła i pochyliła się nad dziećmi.  Oddychały. Słabiutko,  ale oddychały. Położyła im dłonie na malutkich główkach. Dziewczynka pójdzie dalej,  chłopiec zostanie. Zrobiło jej się smutno. Bardzo, bardzo smutno. Decyzja nie należała do niej. Została powzięta gdzieś i kiedyś, a nie tu i teraz.

-Moje ręce, proszę. - dziewczynka przechyliła dzban. Woda cieniutkim strumykiem popłynęła na dłonie czarnowłosej, zmyła poprzednią rozpacz i wsiąkła w szpary zakurzonej podłogi. Kobieta przetarła niemowlęce twarzyczki wodą z dzbana, pocałowała każde w czoło, a dym z komina zgęstniał i w górę wzniósł się kształtny biały obłok. Wychudzona kobiecina skulona pod ścianą wydała z siebie zduszony szloch. Czarnowłosa ukłoniła się nisko maleństwom w kołysce, odwróciła się i skierowała się do drzwi ciężkim krokiem, nie pasującym do postaci, w której tutaj weszła. Jak mogło być inaczej, dźwigała przecież ze sobą niezliczone wieki ludzkiej rozpaczy. Dziewczynka podała Czarnowłosej dzban.

- Czy to...?

- To tylko woda. - Czarnowłosa uśmiechnęła się ciepło do przerażonej dziewczynki. Odebrała dzban. - Tylko woda.

Wyjechali ze wsi odprowadzani przez koty. A gdy ostatnie zabudowania zniknęły za zakrętem, drogą jechała rudowłosa dama w aksamitnej, krwistoczerwonej sukni na imponującym, siwym wałachu z ufryzowaną grzywą sięgającą ziemi.

- Nic nie powiesz?- Spytał koń zachęcająco.

- Będzie mordercą. Z jego ręki zginą straszliwą śmiercią dziesiątki ludzi.

-A siostra?

- Poszła dalej.

- Nie nasza decyzja - pocieszył ją koń.

Pogładziła siwka po szyi. -Nie, przyjacielu,  nie nasza...