Nieprawdaż?
Wystarczy nam to, co mamy na co dzień. To kwestia sąsiedztwa. Jak sąsiedzi traktują się nawzajem, i takie tam.
No, nie. Nie wiedzieliśmy. To znaczy, wiedzieliśmy, tak ogólnie.
I zaakceptowaliśmy. Zgodziliśmy się przez wzgląd na niską cenę. Zaaplikowaliśmy zdrowy rozsądek. I przemyśleliśmy nasze możliwości finansowe. I wyszło nam, że tak, że owszem, pasuje. Inni tak samo. Wiedzieli. Zgodzili się. Przecież kazali nam wszystkim podpisać, że zostaliśmy poinformowani, i że zrozumieliśmy, i że się zgadzamy. Nawet zniżkę kolejną dali za ten podpis. Z resztą, nawet gdyby ktoś nam powiedział, to przecież nikt z nas by nie uwierzył. To był jedyny sposób. Wrobić nas, zwinąć interes i zniknąć. A teraz szukaj wiatru w polu. Żeby ktoś odkupił - marne szanse, ani teraz ani nigdy.
Z początku było trudno. Chociaż, to w zasadzie, za mało powiedziane. A i sąsiedzi nie żałowali wysiłków.
Pierwsza zniknęła ciotka Zelda. Dosyć nam dużo czasu zajęło, bo rzadko się pokazywała, to i długo trwało zanim ktoś się zorientował. Ciotka Zelda rezydowała na końcu cichego zaułka po północnej stronie i nie miała bezpośrednich sąsiadów. Z jednej strony miała niewielki zielony teren wciąż bez wyraźnego przeznaczenia, a z drugiej dużą parcelę, jeszcze nie zabudowaną przez właścicieli.
Nawet nie wiedzieliśmy, że tamci coś szykują. Ciotka Zelda nie lubiła się socjalizować, a my tu szanujemy przyzwyczajenia sąsiadów. Wychodziła o pierwszym zmroku, żeby zapalić fajkę - taki jej codzienny rytuał. Fajka została jej po mężu, który przeniósł się już dość dawno. Zelda lubiła zapach fajkowego tytoniu i lubiła swojego męża, więc co wieczór wychodziła z fajką rozprostować kości, a chmurki aromatycznego dymu z fajki, przy sprzyjających warunkach pogodowych, dawały znać, że Zelda jest wśród nas. Kilka wietrznych dni pod rząd uśpiło naszą czujność i później udało się nam ustalić termin zniknięcia Zeldy jedynie w dużym przybliżeniu. No i jeszcze wtedy nie skojarzyliśmy jej zniknięcia z sąsiadami kręcącymi się po naszej okolicy, a przecież nie mają tu żadnych interesów, nawet na spacery mają lepsze tereny - u nas drzewa są stare i zacieniają nasze wąskie alejki. My jesteśmy przyzwyczajeni, ale ich osiedle powstało niedawno, ulice są szerokie a nasadzenia młode...tak że ...
Nasze podejrzenia zaczęły się krystalizować po tym, gdy zniknęła cała rodzina z parceli przy samej bramie. W przeciwieństwie do Zeldy byli bardzo towarzyscy. Zauważyliśmy, że ich nie ma od razu następnego wieczora. Tamci musieli przyjść późno, kiedy już wszyscy szykowaliśmy się do odpoczynku, wywabili ich w jakiś diaboliczny sposób i puff! Dodaliśmy dwa do dwóch et voila!
Postanowiliśmy, że trzeba działać zanim załatwią nas wszystkich. Wtedy wydawało się, że albo my albo oni.
Zwołaliśmy zebranie wszystkich rezydentów i przy okazji okazało się, że hrabia Poliakoff ( jeden z naszych założycieli!) też już jest...to znaczy, nie jest...to znaczy, nie ma go. Też.
Kilkoro z nas, jak się okazało, miało już niejakie doświadczenie w aparycjach i straszeniu, tak więc, posiłkując się ogólnie dostępną literaturą piękną, kinematografią oraz niewielkim ale istotnym praktycznym wsparciem, ułożyliśmy plan na kilka najbliższych starć z sąsiadami. I to od razu w dwóch wersjach.
Po tygodniu intensywnej aktywności z naszej strony wyprowadziła się rodzina z trojgiem dzieci, inne cztery rodziny wyrzuciły telewizory (Panie Spielberg dzięki za Poltergeista!)i...tyle.
Spróbowaliśmy paru sztuczek z Paranormal Activity. Profesorek ( ten od literatury, wprowadził się dopiero w zeszłym miesiącu w efekcie rozległego zawału) podpowiedział parę myków ze Stephena Kinga. Hrabina Poliakoff chciała zemścić się za męża, i chociaż bezkrytyczne kopiowanie Walking Dead wzbudziło ogólne wątpliwości, takiego podejścia jeszcze nie próbowaliśmy, więc obrzuciliśmy ich ulicę wołowym flakami podprowadzonymi z rzeźni po drugiej stronie miasta. Ku naszemu zaskoczeniu, takie brutalnie obrzydliwe i obrzydliwie śmierdzące podejście sprowadziło zawieszenie broni.
Zgodziliśmy się przystąpić do rozmów pod warunkiem, że zwolnią egzorcystów. Oni zażądali uprzątnięcia wołowiny i zaprzestania prób chóru w godzinach nocnych. I w taki sposób, kroczek po kroczku, osiągnęliśmy kompromis.
Tak swoją drogą, im się to bardziej opłaca. Prędzej czy później, wszyscy sprowadzą się do nas, n'est-ce pas?