Nikt nie dostrzega

Nikt nie dostrzega
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/child">Child Stock photos by Vecteezy</a>

Odzywam się rzadko. Parę słów co jakiś czas. To i tak nie ma znaczenia. Prawie nikt nie zwraca uwagi. Nie przemykam się już pod ścianami jak dawniej. Nie muszę. Którędy chodzę nie obchodzi nikogo. Nie widzą mnie. Ale z drugiej strony, jak stoję akurat komuś na drodze, to mnie omija. Ale wciąż nie widzi. W żaden sposób nie odnotowuje, że ominął przeszkodę, że został zmuszony zejść z obranej trasy. Ani on ani nikt inny. Jakby nic się nie stało.

Nie tylko nie widzą i nie słyszą. Moje istnienie w żaden sposób nie wchodzi w reakcję z innymi ludźmi. Czasem, jednak, zdarza się, że to co powiem jest w jakiś sposób przyswajane jako własne. Z tego powodu odzywam się czasami.

Kiedyś odzywałam się częściej. Tak metodą prób i błędów. Wiedziałam, co muszę powiedzieć, ale dokładnie komu - to nie. Teraz widzę, kto mnie usłyszy. Nie będę wam tłumaczyć jak to robię. Do niczego się wam nie przyda taka wiedza. Nie widzicie mnie, chociaż ja tu jestem. Nie jestem niewidzialna. Nic z tych rzeczy! Normalnie odbijam się w lustrze. Problem nie jest we mnie. To wy. To wasz wzrok prześlizguje się po mnie. Wasze oczy rejestrują mnie, mózg natomiast, wypycha mnie ze świadomości. Dlatego omijacie mnie, ignorujecie. Nie ma w tym waszej winy. Wasze mózgi w miejsce mojej osoby wstawiają nic.

Żyję normalnie. To znaczy normalnie z mojego punktu widzenia, nie z waszego. Z jednej strony moje życie przypomina życie każdego człowieka. Samotnego, ale jednak. Mam domek, mały, ale wystarczy. Mam psa i dwa koty. Sprzątam, gotuję. Oglądam filmy, czytam. Chodzę do pracy. Robię zakupy. To ta pozornie normalna część. Do pracy chodzę tam, gdzie wiem, że mam pójść. Tego też nie będę wam tłumaczyć w szczegółach. Po prostu budzę się i wiem, że od dzisiaj pracuję w szpitalu miejskim. Albo sprawdzam bilety w autobusie. Albo sprzątam na lotnisku. Byłam już listonoszką, salową. Sprzedawałam złotą biżuterię w ekskluzywnym sklepie i używane barachło na bazarze. Sprzątałam pokoje na amerykańskim statku wycieczkowym, na norweskiej platformie wiertniczej, w hotelu Bellagio w Las Vegas i w burdelu w Las Palmas - zabitej dechami dziurze w Argentynie. Płacą mi. Nie dociekają komu, za co i dlaczego. To czego nie zarobię w Limie, odrobię w Emiratach. Konto mam pełne. Potrzeby niewielkie. Nie kradnę. Mogłabym. Chyba. Tak sądzę. Ale nie kradnę. Nie umiem i nie chcę. I na szczęście nie potrzebuję. W każdym miejscu pracuję tak długo, aż zrozumiem problem i co komu powiedzieć. Czasem pracuję kilka godzin, a czasem miesiąc albo dłużej. Zwierzaki podróżują ze mną. Kiedy jesteśmy razem, one też robią się niezauważalne. Zabawne trochę. Dwa dachowce i ogromny owczarek. I nic. Ani na lotniskach ani w samolotach. Jak kończy się praca, to czasami zostaję jeszcze dzień czy dwa. Żeby zobaczyć. Chociaż to rzadko. Potem wracam do domu. I żyję sobie. Aż któregoś dnia budzę się i wiem gdzie pracuję.

Ogólnie mogę powiedzieć, że w moim życiu panuje spokój i równowaga. Nie zawsze tak było. Zaczęłam znikać w wieku mniej więcej jedenasta lat. Źle to wspominam. Moja ukochana mama miała jeszcze pięcioro dzieci. Chyba podświadomie czuła ulgę, że jedno zostało jakoś zdjęte jej z karku. Mieszkałam w domu jeszcze cztery lata. W piętnaste urodziny byłam już całkowicie niedostrzegalna. Robiłam różne głupoty. Testowałam swój świat. W końcu wyjechałam do Sopotu. Morze ciągnęło mnie do siebie. Mieszkałam sobie w Grandzie jak królowa. Często tam wracam, ale teraz płacę za wszystko.

W Grandzie spotkałam Melody. Siedziała w restauracji przy oknie, przesuwała w palcach perły niewiarygodnie długiego naszyjnika i patrzyła na mnie. Podeszłam do niej żeby dźgnąć ją palcem pod żebro - taka moja rozrywka - ale dostałam po łapie. Została ze mną kilkanaście lat. Kochałam ja - była moją prawdziwa matką. I któregoś dnia powiedziała, że odchodzi. Że już może umrzeć, ponieważ jestem gotowa. Zostawiła mi niewiarygodnie długi sznur ogromnych pereł i pojechała do Francji . Chciała odejść tam, gdzie się urodziła.

Nauczyła mnie żyć naszym życiem. Jesteśmy innym rodzajem człowieka powstałym dzięki niewiarygodnie rzadkiej kombinacji genów. Postrzegamy czas takim, jaki jest na prawdę. Z waszego punktu widzenia żyjemy jednocześnie w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie możemy stać bez ruchu w jednej stopklatce czasu. Więc wibrujemy. Nie w przestrzeni, a w czasie.

Jesteśmy Siewcami. Zostaliśmy stworzeni by siać w ludziach myśli, które, jeśli nam się powiedzie, maja szansę zakwitnąć dobrem.

Dzisiaj pod zieleniaczkiem, na rogu mojej ulicy siedziała na schodku mała, zasmarkana dziewczynka. Podałam jej chusteczkę i lizaka. Spytałam gdzie mama, a dziewuszka wskazała na młodą kobietę z zapuchniętymi oczami, która przykleiła na drzwiach zieleniaczka czarno-białe ogłoszenie i, nie zwracając uwagi ani na dziewczynkę ani na mnie, powlokła się wzdłuż ulicy ciężkim krokiem. Musiałam podejść bliżej, wzrok mi się psuje coraz szybciej. " Zaginęła...bez śladu... Ania... blond...pięć..." a pod spodem ziarniste zdjęcie.

-To ty?

Mała tylko kiwnęła głową. Smarki z nosa i różowy glut z rozciapkanego lizaka ciekły jej na sukienkę. No i, oczywiście, ja też się rozpłakałam. Taka malutka.

-Idziemy?

Ania podała mi kleistą, brudną łapkę. I tak zostałam dzisiaj matką małej , zasmarkanej dziewuszki, której nikt inny nie dostrzega.

Read more