Odpowiednie zastosowanie!
"Była sobie kiedyś kraina." O! Może być. "A w tej krainie była wieś." Nie. ...'był las." Noooo, moooooże....
Nie, jednak nie. Nic z tego nie będzie. To może.... "W tej krainie była góra !" Tak! I co by tu dalej...
"A na tej górze stał zamek." Tak jest!
"I oczywiście wszyscy przeklinali tego idiotę, co wybudował zamek na szczycie góry przed wynalezieniem windy, czy ruchomych schodów, albo ruchomej drabiny, na przykład." No, właśnie - logiczne i z sensem!
"No bo przecież, wyobraźcie sobie, jesteście takim, na przykład, królem. To przecież mordęga tak się gramolić pod górkę w tych takich ciuchach ciężkich od diamentów i z pięciokilowym kawałem złota na gło..." a nie, jednak, nie.
Zamiast tego , "wyobraźcie sobie, że jesteście"...eee...na ten przykład...eeee...tym na przykład..."chłopem, czy tam robotnikiem rolnym niewykwalifikowanym, nisko opłacanym i całkowicie nie szanowanym i wykorzystywanym przez śmierdzących leni mieszkających na zamku. I musicie dźwigać na własnych plecach uprzednio wyprodukowane w pocie czoła płody, ponieważ król właśnie podpisał rozporządzenie o zakazie "wykorzystywania zwierząt wszelkich, za wyjątkiem chłopstwa i babstwa, w celu ciągnięcia pod górkę." I w efekcie musisz dźwigać na własnych plecach wyżej wymienione płody , żeby wyżej wymienione lenie śmierdzące na zamku nie przymierały głodem..." zaraz, zaraz, chwilunia... Faaaajnie! Ale to innym razem może.
No to jeszcze raz od początku.
Była sobie kiedyś kraina. Dość niewielka. Ale był tam zupełnie porządny król, taki z królową i w ogóle. No i, oczywiście, była królewna. Ładna, ale dosyć głupia. Ale obiektywnie bardzo ładna. Bardzo. I również obiektywnie, była bardzo, bardzo głupia.
A jak był król to, oczywiście, byli poddani, ponieważ króle to ciamajdy - ktoś musi im robić kanapki, prać skarpetki i takie tam. A wśród tych poddanych, którzy w zasadzie wszyscy mieszkali w okolicach zamku, jako że - jak już zostało powiedziane - to nie była duża kraina, mieszkał gospodarz. Gospodarz miał dużo ziemi, a ponieważ dobrze gospodarzył, był całkiem zamożny jak na poddanego. No i miał siedmiu synów. A jak!
Mieszkało w tej krainie jeszcze całkiem sporo ludzi, ale o nich nie będziemy opowiadać w tej historii.
W każdym razie, królewnę trzeba było wydać za mąż. Dlaczego trzeba? A tego to ja akurat nie wiem. W sumie - bez znaczenia. Tak więc, trzeba było i w efekcie, cała kupa różnych księciów i innych ( ponieważ król, chociaż ciamajda, był postępowy, albo może tylko zdesperowany ...?) odwiedzała zamek. Dużo było chętnych do ożenku, jako że kraina, choć niewielka była ładnie położona między górami a spokojnymi jeziorami, sympatyczni poddani dobrze gospodarowali, ostatniego łobuza wsadził do ciupy dziadek obecnego władcy no i wreszcie, królewna. Ach! Królewna była bardzo, bardzo ładna! Strumyczek potencjalnych panów młodych wpływał nieprzerwanie przez główne wrota, ale niestety! Absztyfikanci jeszcze szybciej wyciekali kuchennymi drzwiami porzucając tuż za progiem - ku uciesze pań pracujących w kuchni - podarunki, którymi wstępnie planowali oczarować królewnę. Rozumiecie, przecież, wszystko fajnie, ale ile można gapić się na góry , jeziora i na te, ten tego...no, powiedzmy, na bezdyskusyjną urodę królewny? No przecież, chociaż czasami przyjemnie porozmawiać przy śniadaniu o planach na ten dzień, albo na temat miododajnych krzewów, albo pozachwycać się tym czy tamtym, co się akurat przeczytało... no, rety, nie muszę chyba wszystkiego tłumaczyć.
Król i królowa wiedzieli, że królewna już raczej nie dostanie nagrody dla najmądrzejszej królewny na wydaniu (nawet gdyby faktycznie istniała taka nagroda) chcieli tylko, żeby znalazła szczęście. Ale nawet wspaniały posag nie pomagał, gdy królewna tupała ślicznymi nóżkami złoszcząc się, że kura zniosła surowe jajko zamiast jajecznicy.
Tak. Ale do czego to wszystko prowadzi?
Otóż, gospodarz, ten od siedmiu synów, obserwował konkurentów do ręki królewny i kiedy po dwóch latach królewna wciąż była niezamężna, wezwał swoich synów i przyjrzał im się uważnie.
Najstarszy - dla ułatwienia nazwijmy go Pierwszy - brzydal okropny, ale wykształcony niemożebnie, był już profesorem od jakichś trudnych rzeczy, bardzo szanowanym i zamożnym człowiekiem.
- Nie! - powiedział gospodarz, a Pierwszy odetchnął z wyraźną ulgą.
Drugi też , niestety, nie za piękny, ale za to z wydatnym brzuchem i znacznie lepiej ubrany, był bankierem i to , co ciekawe, uczciwym. Lubiany był w mieście i niezamężne panie w każdym wieku oglądały się za nim z nadzieją.
-Nie!- powiedział gospodarz , a Drugi ucałował ręce ojca z wyraźną ulgą.
Trzeci, wyższy niż starsi (szkoda, że całkiem łysy!) miał smykałkę do interesów i parę lat wcześniej otworzył jedyny w królestwie zakład pogrzebowy. Nic dodać, nic ująć. Smalił cholewki do nieco tylko starszej panny z sąsiedztwa. Jeszcze nie powiedział ojcu, ale myślicie, że tata nie wiedział?
- Nie! - powiedział gospodarz, a Trzeci odetchnął z taką ulgą, że zwiało mu z głowy tupecik i Trzeci popędził go złapać. Jadnak, zanim wybiegł, ukłonił się nisko ojcu z wyraźną ulgą.
Czwarty, wysoki ze zmierzwioną grzywą ciemnych włosów, był utalentowanym pianistą. Podróżował koncertując, a damy mdlały ostentacyjnie na jego koncertach i rzucając mu się pod nogi zostawiały liściki, kluczyki i ... no, wiecie, artysta!
- Nie!- powiedział gospodarz, a Czwarty rzucił się ojcu na szyję i zakrzyknął z wyraźną ulgą - Dziękuję, ojcze!
Nie macie dosyć? Dobra, teraz Piąty.
Piąty był kawalerzystą. Blondyn z płowym wąsem, w mundurze i na bułanym koniu. Luuuuudzie! Swatki kłębiły się pod domem gospodarza, przerzucając się zaletami i bogactwami panien które gotowe były...nooo... wszystko jedno, nie ważne.
- Nie!- powiedział gospodarz, a dzielny kawalerzysta stuknął obcasami i ukradkiem ale z wyraźną ulgą, otarł zbłąkaną łzę.
Szósty był przystojny ponad miarę, oczytany, mówił pięknie, pięknie śpiewał, gotował bajecznie, ale jak to się wówczas mówiło "grał dla strony przeciwnej". Chociaż rozliczne panny gotowe były mu wybaczyć ten drobny defekt, Szósty był wierny swojemu wybrankowi, więc gdy gospodarz powiedział:
- Nie!- Szósty rozpłakał się, wycałował ojca i z wyraźną ulgą tanecznym krokiem opuścił rodzinny dom.
Siódmy stał przed ojcem, a ten nie mógł się nadziwić. Gospodarz i jego dostojna już w tej chwili, małżonka, byli przeciętnej urody i akurat tak mądrzy jak trzeba, a ich synowie tak różni od siebie jakby mieli innych rodziców (co, podkreślić należy, nie miało miejsca) , ale Siódmy.. Siódmy był tak piękny, że ci co widzieli go po raz pierwszy nawet godzinę stali w osłupieniu. Gospodarz też wiele razy patrzył na Siódmego nie mogąc się nadziwić, ponieważ Siódmy, proszę was, był tak piękny jak był głupi. Albo może nawet był jeszcze głupszy. I przez wiele lat gospodarz i jego żona martwili się najmłodszym synem, ponieważ na jego urodę można było nabrać się tylko raz. Rodzice dawno stracili złudzenia patrząc jak codziennie wróble zżerają Siódmemu śniadanie, podczas gdy piękny chłopiec myśli i myśli jakby je przegonić.
Ale tym razem gospodarz był szczęśliwy. Wiecie dlaczego, prawda? Jak już ustaliliśmy, jest taka jedna profesja co to nie trzeba sobie samemu robić kanapek ani prać skarpetek, tak?
Nie trzeba tracić nadziei. Nawet najbardziej tępy kołek może się przydać. Trzeba tylko znaleźć dla niego odpowiednią dziurę. Eeeeee ...... coś to jakoś źle zabrzmiało. Jakby to inaczej...? O! Mam! Trzeba tylko znaleźć dla niego odpowiednie zastosowanie!