Płakałam, Płakałam, Płakałam
- No i co się tak gapisz? Gapi się i gapi chyba od godziny. Siedzi w tym samym miejscu, bez ruchu. Idealnie bez ruchu. Dokładnie w takiej samej pozycji. Nawet nie mruga. Brrr.
- No, dobra. Czego chcesz? No, żebyś się przestał gapić i poszedł sobie?
Odwracam się plecami. Może nie zauważy. Ale jego wzrok wwierca mi się w plecy.
- No do cholery. A dasz ty mi spokój! Idź sobie!
Nie zauważyłam kiedy przylazł, ale jak wyniosłam sobie na taras kawałek (no dobra, kawał) tortu i szklankę mleka to już siedział.
No i teraz się gapi.
Więc myślę sobie, ja też się na niego pogapię. Może się zniechęci. No to zaczynam się gapić. Chyba z pół godziny minęło albo lepiej. Oczy mi łzami zaszły. Noż, ile można! Patrzę na zegar w telefonie. Trzy minuty. Trzy minuty?!
A ten siedzi i nic! Dobra. Druga runda. Osa usiadła na torcie. No i trudno. Wytrzymam. O, nie! Koleżanki zawołała.
Poddaję kolejną rundę gapienia i wdaję się w spór z osami. Przegrana sprawa, ale to przez to, że tamten się gapi. I jakby czekał, że zrejteruję, żeby powiedzieć "A nie mówiłem!". Atakuję osy ścierką i widelcem. No, co? Topory mi się aktualnie skończyły a miecze oburęczne dałam do ostrzenia, to został mi widelec. Osy się rozproszyły i rozpoczęły atak na dwie flanki. A ten się gapi! Łepetynę przekrzywił i , głowę daję, że się śmieje! Rozproszył mnie, cholera jedna, i wystarczyło. Jeden strzał w prawą dłoń. Ręka do łokcia spuchnięta, a tort wylądował pod płotem i teraz zeżrą go osy i mrówki.
-A siedź sobie. Może i ciebie zeżrą .
Wchodzę do domu żeby wsadzić rękę do zamrażarki. Boli jak diabli. Znajduję w szufladzie jakieś piguły przeterminowane najwyżej rok, nalewam wody z kranu do szklanki i siadam w kuchni przy stole.
Ze ściany naprzeciw patrzy na mnie tato. Fajne zdjęcie. Lewe oko ma przesłonięte piracką przepaską. Patrzy i uśmiecha się z politowaniem.
Na spuchniętą dłoń kładę paczkę zamrożonych fasolek edamame. Mniam. Drugą paczkę kładę sobie na głowę bo bierze mnie gorączka.
No, nie! To bezczelność jest! Wlazł na parapet kuchennego okna i znów się gapi!
-A patrz sobie. Proszę bardzo. Spuchnięta. - Wyciągam rękę spod fasolek. No i spuchnięta.
W głowie mi się kręci. Jakaś wyjątkowo jadowita ta osa. Może zdrzemnę się chwilę. Głowa mi opada. Odlatuję.
Brzdęeeeeeek!!! Lubudu!!! Dźiąg!!!
Co?! Co?! Co?! Wlazł do domu... wszystko mi jedno...zrzucił butelkę octu. Podsuwam rękę pod kapiący ze stołu ocet. Ulga. Co ja robię na podłodze... łubudu...dostaję po głowie telefonem...lewą ręką...telefon się przysuwa...? 112 ok...zieloooono mii...
-Proszę Pani! Budzimy się!
- Ok, dzień dobry. A panów kto zaprosił... - no i co tak śmierdzi, - ale tego nie mówię na wszelki wypadek.
- Oho, humorek wrócił. Proszę Pani, nie ukrywam, że jedną nogą była Pani po tamtej stronie. Cud albo szczęście, że zdążyła Pani zadzwonić.
- Cud, zdecydowanie Cud.- ale coś śmierdzi, jeju. - I co teraz?
- Teraz jest Pani zdecydowanie wśród żywych. Proszę, to jest pen z adrenaliną. Proszę mieć zawsze przy sobie i jakby co, w udo. Natychmiast. A najlepiej, proszę unikać szerszeni.
- Szerszeń? To osa była...
-Nie, proszę Pani, to był zdecydowanie szerszeń.
- Przepraszam, ale skąd Pan wie?
Młodziutki medyk wyciągnął w moim kierunku dłoń w rękawiczce. Ogromny, osopodobny owad, lekko rozgnieciony i zdecydowanie nieżywy.
-Pani kot nam pokazał.
- Mój...?
Rozglądam się średnio przytomnie. Na kuchennym stole siedzi bezczel jeden, wielkie bure kocisko i mrucząc z zadowolenia pochłania bezpośrednio z białego pergaminu, cuchnące, smażone stynki.
Ratownik medyczny, pan zdecydowanie po pięćdziesiątce, pomógł mi wstać z podłogi.
- Wie Pani, moja mama zadzwoniła dzisiaj rano, żebym kupił smażone stynki. U nas w domu nikt tego nie je. Powiedziała, że przydadzą się w pracy. - I z uśmiechem dodaje,- mama zmarła siedem lat temu.
Rozglądam się w osłupieniu, ale cała obsada karetki zajmuje się pakowaniem sprzętu jakby przed chwilą nie padło najdziwaczniejsze stwierdzenie w ich życiu.
Kłaniając się w pas żegnam się z ludźmi, którzy uratowali mi życie i wracam do kuchni. Wielki kocur chrupie śmierdzące rybki w całości. Z rozmachem siadam na krzesło.
-To już nawet umrzeć nie można w spokoju!
-Nijee!-odpowiedział.
Zatkało mnie. Kompletnie. Kocur odwrócił się i dopiero teraz widzę że nie ma jednego oka. Lewego.
Tylną łapą zrzucił zatłuszczony pergamin na podłogę, przemaszerował do pokoju jakby był u siebie. Wskoczył na stary, wysiedziany fotel.
-Tato...?
Kocur popatrzył jedynym okiem, oblizał się, przeciągnął, uśmiechnął się do mnie i zasnął otulony wyskubanym ogonem.
A ja? Klapnęłam na podłogę i, oparta o framugę drzwi, płakałam, płakałam, płakałam.