Popierdółki jedne!

Popierdółki jedne!
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/christmas-tree-with-snow">Christmas Tree With Snow Stock photos by Vecteezy</a>

Dobra. Zgodziłam się. Faktycznie. Ale te konusy zezowate wszystko na swoją korzyść potrafią wykręcić!

Zaczęło się na początku grudnia. Najpierw zrobili się smętni. Zaczęli się wysławiać kulturalnie. Przestali być złośliwi. Przestali zastawiać na mnie pułapki. I cały czas "Tak, panienko", "Oczywiście, panienko ", "Już się robi, panienko ". Nic mi nie zginęło, nic nie podmienili. Ani soli w cukrze. Ani piasku w kawie. W domu czyściutko i pachnie. I żadnego konia w pracowni. Oj, podejrzane. Ooo, - myślę sobie. - Coś wy knujecie, smerdy jajeczne!

Więc zaczęłam ich testować. Najpierw delikatnie - zrobiłam sobie kanapeczkę z miodem. Wypećkałam blat w kuchni. Niechcący, oczywiście. Masłem i miodem. Do blatu przykleił mi się ręcznik papierowy. Ajajaj! Niechcący! Cała rolka. A na koniec łyżka z miodem, o jejku, wpadła mi do maselniczki i , och nie, maselniczka wymsknęła mi się jakimś cudem z rąk i brzdęk! Załamana i wysmarowana od stóp do głów miodem powlokłam się do pokoju z moją kanapeczką. Rozwaliłam się na kanapie, wytarłam ręce w poduszki, obejrzałam sobie jakiś zaległy odcinek czegośtam, zagryzając kanapeczką.

Po pół godzince poszłam do kuchni (zrobić sobie dzbanek kawy), zostawiając za sobą poduszki posklejane miodem i kanapę zasypaną okruszkami. Wchodzę, rozumiecie, do kuchni - kuchnia lśni. A na blacie dzbanek gorącej kawy. To ja w tył zwrot i myk do pokoju - a tam porządek . Na poduszkach nowe powłoczki i wszystko na błysk.

Potem to już z grubej rury, upiekłam pasztet z wątróbki. Fuuuj! Posprzątali bez słowa. Następnie, powidełka z czarnych jagód - kuchnia w runie. Posprzątali. A na koniec, czując do siebie niejaką odrazę, wrzuciłam do kuchennego zlewu kalosze , w których zupełnie celowym przypadkiem wlazłam w krowie placki podczas spaceru. Trzy razy. Za każdym razem przypadkiem,

I nic. Wyczyścili bez szemrania. Noooo, nie. Coś szykują. Czas na negocjacje.

- Wyłazić! I przyznać mi się tu natychmiast! Jesteście wszyscy zarażeni jakimś kurduplowym wirusem, niedługo szlag was trafi, ale przedtem chcecie zadośćuczynić za wszystkie swoje durne dowcipy? Tak?

Wyleźli, pochrząkali, posmarkali i wreszcie starszy mówi, że oni nie chcą mnie zostawiać samej ale muszą. I że skrzaty domowe mają obowiązek stawić się 13 grudnia w tajemnym świętym miejscu. I że mają zakaz pracy aż do końca świąt. I że natychmiast po powrocie z obowiązkowej dorocznej pielgrzymki zabiorą się do roboty.

Zaraz , zaraz, Chwilunia. Dorocznej?! A czemu ja pierwszy raz o tym syszę?! Chę?! Chwila konsternacji. Znowu wypchnęli starszego. A ten się pyta, ile lat oni u mnie pracują. Policzyliśmy. Wyszło nam siedem i pół. Wtedy starszy wypalił radośnie: -Właśnie! Bo to co osiem lat takie coś wypada! No, myślę sobie, trudno. Chociaż to prawie dwa tygodnie i w tym jeszcze Wigilia. O, nie !

--Nie ma mowy! Wracacie dwudziestego piątego i od razu po świętach do roboty!

Coś tam poszeptali, pochachali się i mówią, że zgoda, ale ja mam ich kwaterki na święta przystroić według listy. W sumie, nie ma sprawy. No, to myślę sobie, że mi się te negocjacje udały. Że w sumie tanim kosztem - ja powieszę parę bombek, a oni mi po Sylwestrze posprzątają. Jestem górą!

Akurat!

Zawinęli się w 5 minut. Walizki mieli gotowe. A ostatni (spod futrzanej kurtki wystawała mu hawajska koszula), zanim trzasnął drzwiami, bezczelnie się wyszczerzył i zakomunikował, że u nich święta trwają 12 dni! DWANAŚCIE. A z walizki wypadły mu bermudy w różowe flamingi! Niezła pielgrzymka, nie ma co...

A to kurduple podstępne! Szlag by ich trafił, leniuchy! Już ja wam pokażę!

Umowa to umowa. Ale mojej złośliwej wyobraźni też niczego nie brakuje. Już ja was udekoruję!

Dobra. Zobaczmy. Punkt pierwszy na liście- choinka. Przywlokłam najpaskudniejszego badyla i oparłam w kącie o ścianę. No, dużo trzeba mieć dobrej woli albo wyobraźni żeby tę mietłę pomylić z drzewkiem. Aaale! Przeeecież! Krystmas to są święta dobrej woli. No i fajnie. Wydadzą trochę tej woli na badyla. Tak więc - check! Chuinka musi być! No, to macie!

Dobra. Punkt drugi - dekoracje. Taaa...bibuła została tylko czarna z halołinu. A w sklepie już tylko srebrna cynfolia była. Efekt dość niepokojący, trzeba przyznać. Chociaż... nooo... dobra. Świat to miejsce ponure, więc nie ma co się cieszyć. Czarna może być. Sami chcieliście, więc - check!

Co tu jeszcze...A! Tego tam chabazia trzeba by jakoś do gwiazdy betlejemskiej upodobnić...jakoś. Co to tak w ogóle jest? Co to oni tutaj hodują w tych donicach? Zaraz, zaraz! A niech mnie! Uprawę sobie tutaj nielegalną, wypierdki jedne, po cichutku zorganizowały! No pewnie! No jasne! To wiele tlumaczy! A na pierwszym miejscu mój rachunek niebosiężny za elektrykę stał się nagle całkowicie zrozumiały!

Już ja im dam twelve days of christmas! Jak ja was dorwę to głowami w dół w tych donicach was wszystkich posadzę! Ale najpierw, na powitane , upiekę wam ciasto. Czekoladowe! Z wkładką specjalną! Oj, odechce wam się świętowania na mój koszt, popierdółki jedne!