Świt
Długo już jedziemy.
Nie wiem ile. Nie lubię zegarków. Długo. Nie patrzą na mnie wcale. I nie trzeba. I tak nie miałabym o czym z nimi gadać. Ten po prawej, siwy taki zupełnie, chociaż staro nie wygląda. Chudy niemożliwie. Wydaje się, że kości policzkowe przebiją mu skórę jak tylko otworzy usta. Pewnie dlatego nie otwiera.
Ten, co prowadzi ma taką... jakby to...generyczną twarz. Jak patrzę, to widzę i wiem, że , tak to on. Jak odwrócę głowę to ni cholery nie mogę sobie przypomnieć jak wygląda. Zabawne to jest więc przez jakiś czas patrzę na niego i próbuję zapamiętać, a potem patrzę w okno i z całej siły próbuję odtworzyć w myślach jego rysy. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Wreszcie znudziło mi się. Za oknem jednak jest ciekawiej. Jedziemy przez pustkowia, żeby omijać miasta i większe wsie. Pojedyncze zabudowania majaczą w oddali.
Jedziemy cały czas na zachód, więc przez jakiś czas uda nam się opóźnić świt. Wyjechaliśmy kiedy ostatnie promienie słońca ostatecznie schowały się za horyzontem. Bez ryzyka. Kończy się sierpień więc noce są wystarczająco długie.
Generyczny powiedział coś przyciszonym głosem. Nie do mnie. Z ciekawością patrzę na siwego, żeby zobaczyć czy pęknie mu skóra, ale się nie odezwał tylko wydał z siebie dwa pomruki. Ale wyraźnie się dogadali. No i dobrze. Co mi tam. Zabrali mnie stamtąd w chwili, gdy zupełnie już na poważnie rozważałam, żeby zwiać.
To nie było dobre miejsce. Dlatego szybko przestałam się starać. Nie było warto. Szkoda mojego wysiłku. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień jest mnie coraz mniej. Jakby ktoś wygumkowywał mnie po kawałeczku kiedy spałam. Za głupi byli na to, ale się czułam jak się czułam, nie? Dreptali po tym swoim domiszczu przeklętym , zajmowali się tymi swoimi durnowatymi sprawami. A ja szwendałam się po pokojach z nudów złośliwie trzaskając drzwiami.
Początkowo myślałam, że może w końcu mi się udało. Może już tam zostanę. Na prawdę chciałam się gdzieś zadomowić. Miałam dosyć samotności, a ten dom od początku mi się podobał. Niemożliwe wielki. Po co im taki dom? Połowa pomieszczeń zamknięta na głucho, a każde wypełnione obrastającymi kurzem, fascynującymi przedmiotami.
Rodzina też z początku wydawała się odpowiednia.
Szurnięta, chuda mamuśka albo pląsała po korytarzach i zamiatając powłóczystymi sukniami okadzała dom szałwią i lawendą. Albo biegała po ogrodzie z kryształowym wahadełkiem wszędzie widząc wróżki i uśmiechnięte kamienie. Fajna. Odklejony tatulek spędzał większość czasu w ogromnej bibliotece wypełnionej prawdziwymi i fałszywymi mapami i sprawozdaniami z podróży autorstwa prawdziwych podróżników i rozmaitego kalibru oszustów. Co jakiś czas wybiegał krzycząc radośnie, że odkrył kolejną Atlantydę, kolejną Tortugę obsypaną pirackimi skarbami, albo jeszcze jeden podziemny kontynent. Po czym na kolejny tydzień zagrzebywał się w bibliotece. Uroczy gość. Bez sarkazmu.
Dzieciaki też w moim guście. Piętnastoletnie bliźniaczki w gotyckiej fazie (świetna muza!) i trzech nieokiełznanych malców, zaganianych przez dwie wymęczone guwernantki. Czego więcej chcieć? Raj!
Ale szybko okazało się, że nie chcą mnie tam. Zaczęłam się czuć jak postać z historii o duchach, którą pisze jakieś totalne beztalencie. No i w końcu, postanowiłam zwiać. Szczęśliwie, nie musiałam.
Generyczny znowu coś wymamrotał i siwy odwrócił się do mnie. Bez słowa wskazał dłonią. Zwolniliśmy przed ogromną, kutą bramą w wysokim murze z czerwonej cegły. Faaaajnie!
Nie czekaliśmy, aż otworzą bramę. Przejechaliśmy przez mur i po chwili generyczny woźnica zatrzymał powóz przed niewysokim ale rozłożystym, zadbanym pałacykiem.
Siwy pomógł mi wysiąść, zgarnęłam ostrożnie moją suknię ślubną, podartą i poplamioną krwią . Siwy podał mi jeszcze moją siekierę. Podziękowałam grzecznie, a Siwy uśmiechnął się sympatycznie i faktycznie, skóra na obu kościach policzkowych rozlazła mu się z trzaskiem.
- Niech panienka na siebie uważa. I żeby tym razem obyło się bez egzorcyzmów. Na wschodzie widać już było szare pasmo.
- Dziękuję, mili panowie. Jedźcie już, żeby nie dogonił was świt.