Taki los
Było tak.
A może nie było?
To jest taka historia, która mogła się wydarzyć. Ale nie musiała. Nie musiała, ale pewnie się wydarzyła. Komuś. Kiedyś. I drugiemu komuś. W tym samym czasie.
Otóż, była ona i był on. Znali się? Zapewne tak. Chociaż, gdyby się nie znali, ta historia potoczyłaby się tym samym torem. Tyle, że byłaby znacznie mniej, dużo, dużo mniej smutna. A może właśnie bardziej? Hmmm...
No, więc, byli i znali się. Albo nie znali. I kochali się.
No, co wy? Jaki "koniec"? No, nie. Oczywiście, że to nie jest koniec. To początek. Ponieważ kochali się od zawsze. Od zawsze, to znaczy od samego początku istnienia. Wiecie jak, to było dawno? No, właściwie ja też nie. Ale bardzo dawno.
No i, teraz słuchajcie, bo robi się ciekawie. Chociaż ich przeznaczeniem było spędzić życie razem, los wiecznie stawał im na drodze. I zadziwiająco skutecznie nie dopuszczał przeznaczenia do głosu.
Czuli wyraźnie, wiedzieli, że coś nie jest, jak powinno być. I przeżywali życie, jedno za drugim, życie za życiem, za życiem, za życiem, niosąc ze sobą tęsknotę i smutek. Każde życie przeżywali uczciwie i porządnie, od początku do końca. Zawsze jednak nieśli w sercu takie miejsce, które bolało. Jakąś głęboko schowaną, nienazwaną, niewypelnialną pustkę. Los regularnie stawiał ich sobie wzajemnie na drodze i ze złośliwą satysfakcją przyglądał się jak nadzieja rozbudzona na chwilę, umiera po raz kolejny. I zacierał te swoje małe włochate łapki planując kolejne nieświadome spotkanie, które... słucham? Że los nie ma łapek? To, w takim razie, co zacierał? No, właśnie. Nie przerywać. Dziękuję. No więc, w każdym życiu, w każdym, spotykali się, choć nie wiedzieli o tym. A czasem wiedzieli, ale... No a później, w zasadzie...Tylko, że, niestety...
Wydawać by się mogło, że to strasznie dużo zachodu. Że przecież wystarczyłoby żeby los umieścił jedno na pokładzie Titanica, a drugie na pokładzie Hindenburga. No i ¡Hasta la vista, baby! Ale nie mógł, ponieważ tym dwojgu przeznaczony był wspólny los.
I tak, złośliwy los, życie za życiem, za życiem, za życiem, wymyślał coraz to nowe sposoby, żeby ich rozdzielić. Czasem pozwalał im trzymać się za ręce w przedszkolu. Tylko po to, żeby ich dłonie zapamiętały dotyk i ciepło, za którym będą tęsknić przez całe życie, nie rozumiejąc za czym ta tęsknota. Czasem pozwalał im na nieśmiały pocałunek - nastoletni, wciąż niewinny, ale najprawdziwszy. Taki, którego nigdy, nikomu nie udało się powtórzyć. A czasem nawet... no, no, no! Hola, hola! Żadnych takich! To nie ten rodzaj opowieści!
Czasem nawet pozwalał im zakochać się w sobie, ale pilnował żeby on przegapił ten właściwy moment, żeby ona nie miała odwagi, żeby wtrącił się ktoś trzeci albo piąty. Stawiał im na drodze fałszywego przyjaciela, żeby mu szeptał kłamstwa do ucha. Albo fałszywą przyjaciółkę, która będzie powtarzać, że on nie jest jej wart.
Wredny los, zacierając swoje krzywe, włochate łapki, tak mieszał i chachmęcił, że inne losy (opiekujące się innymi istnieniami. Nie wiedzieliście, że każdy ma swój własny? No, chyba logiczne. ) No więc, inne losy zaczęły się niepokoić. I powstał nawet tajny plan, żeby odmienić los tych dwojga, ale...wiecie jak jest...każdy ma swoją robotę, rozumiecie, i brać sobie na głowę drugi etat...
Aż kiedyś, w którym to kolejnym życiu to nie dało się już policzyć, kiedy ona była...no powiedzmy, że była starą kobietą, a on...powiedzmy, że był starym mężczyzną, razem, ale niezależnie od siebie, postanowili, powiedzmy, zignorować los. Od razu wyjaśnię, że oboje użyli w miejsce słowa "zignorować " słów znacznie lepiej oddających ich stosunek do losu. Jednak, jako że owe słowa są powszechnie uważane za niecenzuralne, zostały tutaj wygumkowane, ale oni byli już starzy i nie tracili czasu na używanie słów nieoddających istoty rzeczy.
I spotkali się, tak na prawdę, wbrew wszystkim przeciwnościom losu. I przeżyli życie (no, dobrze, mały kawałek życia) tak jak zawsze chcieli. Razem. I te kilka lat, to były lata szczęścia i spokoju, i pogody ducha. I jeszcze czegoś, czego nikt nie potrafił nazwać, ale czuli wszyscy: i ludzie i zwierzęta. I garnęli się do nich, żeby poczuć coś, co rzadko komu jest dane, a i wśród tych szczęśliwców, którym i owszem, rzadko kto rozumie, co ma i docenia.
No więc, cieszyli się tym kawalątkiem życia, który udało im się wydrzeć losowi. I odeszli tak jak żyli: razem, spokojnie, trzymając się za ręce i patrząc z uśmiechem...Nie, nie na siebie. Ludzie, którzy się kochają, nie gapią się na siebie, a patrzą razem w tę samą stronę.
No? Co jest? Jeszcze na coś czekacie? A co tu można dodać? To już koniec. Prawdziwy koniec. To było ich ostatnie życie. Wypełnili swoje przeznaczenie.
Jeszcze coś? Morał?! Ja tu nie jestem od morałów. Jak ktoś zrozumiał to zrozumiał. A jak nie, to niech przeczyta jeszcze raz.
Co znowu? Coś jeszcze? Dlaczego los uwziął się na nich? Banalna sprawa. Nigdy nie chodziło o nich. Po prostu lubił swoją pracę i nie chciał odchodzić na emeryturę. A teraz musiał. Taki los.