Urocza opowiastka (ktoś mówił, że krajoznawcza) część 3
Witajcie, moi dociekliwi podróżnicy, w trzecim dniu naszej niezwykłej i zarazem odrażającej, wycieczki po przedziwnej Zapyzionii.
Doskonała wręcz alternatywa dla afrykańskich safari czy olśniewających pacyficznych plaż leży i gnije tuż za naszym progiem, kusząc świetną ofertą za ułamek ceny... Zaczynacie się, zapewne, domyślać, moi ulubieni, nienormalni podróżnicy, dlaczego istnienie Zapyzionii nie jest powszechnie rozgłaszane i dlaczego nie jest ona reklamowana jako kierunek turystyczny dla wyjątkowych wielbicieli przygód.
Tak! Właśnie tak! Pan, tam z tyłu, jak zawsze ma rację. Oczywiście, powód jest taki, że maleńka Zapyzionia, zadeptana przez tysiące turystów utraciłaby urok dzikiego, nieodkrytego przez masową... że co tam znowu? Eeeee, znaczy...w czym mogę Panu pomóc? Znowu? Że co innego mówił?! To na drugi raz niech nie bełkocze pod nosem...
A my powróćmy do naszej opowieści.
"W pierwszej kolejności, znad tronu i jego okolic uniosła się czarna chmura ociężałych z przejedzenia i oczadziałych od smrodu much, które z nadzieją na wolność i świeże powietrze oblepiły prawie nieprzejrzyste z brudu małe okienka. W stodole, (o, pardonsik) na zamku zrobiło się prawie zupełnie ciemno. Wicia pisnął i wypuścił z ręki narzędzie, którym bełtał w kotle, a narzędzie zatonęło w bełtanej brei przy wtórze obrzydliwego bulgotu.
Dama, natomiast, rozejrzała się i szybkim ruchem podniosła z uroczego parkietu intarsjowanego... (a dało by się może zatrudnić kogoś innego do pisania, albo jeszcze lepiej do czytania może na przykład...) jedyny w miarę nie upaćkany przedmiot: ogromny , cynowy kufel z solidną pokrywą. Uniosła pokrywę i bardzo ostrożnie zbliżyła otwarty kufel do noska, zamknęła oczy zbierając się na odwagę i wreszcie, delikatnie wciągnęła powietrze. Otworzyła oczy wyraźnie zaskoczona, skinęła głową z uznaniem i powąchała jeszcze raz zawartość kufla, tym razem z oczywistą przyjemnością. Po czym ujęła ciężkie naczynie w obie ( zaznaczyć tu należy, jako, że nie było to w tej okolicy jakoś szczególnie często spotykane) czyste dłonie i zawartość kufla, którą możemy ostrożnie oszacować na półtora do dwóch litrów, wlała sobie prosto do gardła.
Otarła usta przedramieniem i beknęła tak donośnie, że Wicia Gawnowoz, który właśnie gmerał w kotle w poszukiwaniu zatopionego narzędzia, podskoczył ze strachu, przydzwonił czołem w kocioł, a że czachę Wicia odziedziczył po grubokościstej matuli, kocioł przegrał starcie, pękł na pół, a jego zawartość zalała palenisko przy okazji ujawniając nie jedno a kilka, podejrzanie zniekształconych narzędzi.
Wicia rozbeczał się, ale nie zdążył się rozkręcić gdyż w tej samej chwili przydzwonił go w łepetynę nadlatujący z drugiej strony ciężki, cynowy kufel z zadziwiającą siłą i precyzją rzucony przez lekko chwiejącą się damę. Kufel odbił się od głowy Wici i rykoszetem trafił prosto w okienko, rozbił je z trzaskiem wypuszczając na wolność gotowe do prokreacji, obżarte muchy."
Najwyższy czas, moi kochani, głupi turyści, abyśmy poznali nadzieję Zapyzionii - jej przeuroczych najmłodszych mieszkańców. Zapraszam, zapraszam, proszę zająć wygodne miejsca. Nasza opowieść zaczyna nabierać rumieńców.
"Na zewnątrz, przy ścianie zamczyska zebrała się liczna gromadka młodszej progenitury wszystkich w zasadzie okolicznych rodzin, tak zwykłych, durnych wsiochów, jak bardziej znamienitych rodów."
Widać tam , z lewej, jeszcze bardziej z lewej, aaa... dobra, patrzcie, gdzie chcecie , no więc, eeee... gdzie to ja... Acha.
"Z lewej wyróżnia się niewiele ponad metrowego wzrostu córunia wielce poważanego rodu Dupogrzmockich, Lusia, z dumą ciągnącą za sobą po kocich łbach atrybut fachu swojej rodziny: wielgachny majcher, który jej matula, Sonieczka Dupogrzmocka, (drobnej postury kobiecina o kruczoczarnych, splątanych kudłach, przerażających oczkach koloru stali, z nieodłącznym, kopcącym petem przyklejonym w kąciku ust) co rano przywiązywała w pasie konopnym sznurkiem.
Majcher był drewniany, ponieważ Lusia, kiedy pierwszy raz poszła z majchrem do szkółki prowadzonej przez lokalny zakon Sióstr Zrozpaczonych , wróciła po lekcjach do domu wlokąc za sobą splątany kłąb zawierający: kilka warkoczy różnych barw i długości, szare szmaty do złudzenia przypominające habity Sióstr Zrozpaczonych, oraz nader sprawnie ciachniętą pod kolanem drewnianą nogę Ojca Derektura. Tego właśnie dnia ojciec Lusi, Kocio Dupogrzmocki, rozpłakał się ze wzruszenia. Państwo Dupogrzmoccy mieli jeszcze dwoje starszych dzieci ale dopiero Lusia wykazała talent potrzebny do przejęcia rodzinnego biznesu."
Ciąg dalszy, niestety, nastąpi.