Wounded Knee
Moi najwierniesi czytaciele i czytanki - dzisiaj coś z zupełnie innej beczki.
Przypatrzcie się, proszę, filiżance na zdjęciu powyżej. Nabyłam ją drogą kupna, kilka lat temu, w inernatach, za niewiarygodną sumę dziesięciu złotych polskich. Tak.
Olśniewająco piękny, maleńki przedmiot, z porcelany oślepiająco białej, ozdobiony najpiękniejszym błękitem. Wygląda tak niewinnie. Śliczna starowinka, którą ominęły wichry historii, szarpiące naszym kontynentem przez ostatnie sto pięćdziesiąt lat, a może nawet z hakiem...taka jest stara. Niech was jednak nie zwiedzie jej niewinny wygląd i pozorna kruchość- to prawdziwy potwór. Quod demonstrandum est.
Tytułem wstępu, chcę uprzedzić wszystkich mądrzejszych ode mnie tu obecnych, czyli, prawdę powiedziawszy, po prostu wszystkich, że zastrzegam sobie prawo do przekręcania, naginania, zmyślania, dramatyzowania, ubarwiania, nadinterpretowania, uogólniania wszelkich faktów prezentowanych w poniższej historii jako fakty historyczne. Zastrzegam sobie również prawo do zmyślania postaci, przekręcania dat, oraz do calkowitej ignorancji w kwestii tak zwanej prawdy historycznej. Ponieważ powszechnie wiadomym jest, że historię piszą zwycięzcy. A każdzi (jak to "nie ma takiego słowa "? O. Już jest. ) kolejni zwycięzcy wygumkowywali to, co było przedtem. I dlatego, uważam, że książki historyczne to takie science fiction, tylko w przeciwnym kierunku.
Filiżanka. Malutka i śliczna. Delikatny uroczy przedmiocik. Wyprodukowano ją w Anglii, w drugiej połowie XIX wieku, w małej manufakturze, zgodnie z wszelkimi zasadami i przy zastosowaniu wszelkich głośnych na onczas, technologicznych nowinek, które zapewniały porcelanie śnieżną biel oraz niewiarygodną trwałość. Przy zastosowaniu owych nowoczesnych rozwiązań cieniutka, niemal przezroczysta. I biała. Oślepiająco biała.
Tak.
Właśnie.
To ja może od początku zacznę.
Wyobraźcie sobie mapę Europy. Dooobra. Może być z grubsza. Gdzie nie dźgniemy palcem, tam była jakaś bitwa. Pod Kurskiem, Lipskiem, Verdun. Pod Sommą, Stalingradem, Austerlitz. Pod Grunwaldem, Płowcami. Pod Warszawą i pod Połtawą.. Pod Monte Cassino i pod La Coruñą. Bitwa o Granadę. Bitwa pod Wiedniem i pod Piotiers. Dźgamy paluchem po tej mapie i coś się państwu rzuciło w oczy może? Tak? Dobrze. Zostawmy na chwilę geografię.
W tych bitwach faceci ginęli tysiącami, dziesiatkami tysięcy. Wreszcie i setkami tysięcy. I co? Ktoś ich zbierał? Może co niektórych. A i to nie koniecznie. Uruchomcie wyobraźnię. Ludzie! Toż to przecież niewiarygodne ilości trupów. I zanim trupy z jednej wojny zdążyły się porządnie zasymilować z otoczeniem, a już jakiś półgłówek zarządzał kolejną wojnę. I kolejne warstwy trupów zalegały na tych poprzednich. No i co? Niezły horror, nie? Zaufajcie mi - ma do rzeczy.
Jednym z takich wspaniałych kretynów, dzięki którym ilość kobiet w Europie stałe była, na oko, trzy razy większa niż mężczyzn, był niejaki Napoleon, małomiasteczkowy prymityw, który miotał się po całej Europie, zostawiając za sobą stosy trupów i chwytliwe bon moty. Gościu czepiał się wszystkich po kolei, a tylko Anglikom udało się odciągnąć go daleko od własnej ziemi - i tu możemy wrócić do geografii.
Anglicy zawlekli kurdupla do Egiptu. Było gorąco i dużo piachu. Francuzi zaczęli gmerać w tym piachu i wynaleźli archeologię. Archeologia w wydaniu Francuzów była w miarę cywilizowana. Kopali w piachu, a jak coś wygrzebali, to kładli na tym łapę i wywozili do Francji. Kamień z Rosetty, na przykład. Ale, na nieszczęście dla archeologii, Francuzi przegrali z Anglikami przepychankę w Egipcie. Nooo, i się zaczęło! Archeologia w Angielskim wydaniu była prosta jak konstrukcja cepa i wydajna jak wyżej wymieniony cep. Wpychali w piasek materiały wybuchowe i jebut! Jak coś spadło w miarę całe, to pakowali na statki. Żeby uratować! Żeby się nie zmarnowało!
Najciekawszym, z punktu widzenia naszej opowieści, odkryciem było mianowicie to, że w piasku rezydowały miliony, MILIONY mumii. Takich zasolonych ludzi. Kto ciekaw szczegółów niech sobie wygugla, my skupimy się na tym, co owe odkrycie oznaczało w praktyce. Okazało się, (co sprawdzili praktyczni i oszczędni anglicy), że mumie świetnie się palą. Dosłownie. Ogniem. Ma do rzeczy, ma!
Słyszeli państwo o rewolucji przemysłowej? Maszyna parowa? Dzwoni? Otóż, maszyny parowe napędzają angielskie pociągi, fabryki, tkalnie, szwalnie i inne takie. U podstaw działania każdej takiej maszyny parowej stoi kocioł z wodą, ktorą trzeba podgrzać. Jak? Trzeba coś pod tym kotłem spalić w dużej ilości. Najlepiej coś, co się dobrze pali, jest tanie, jest tego kupa dostępna od ręki, bez wysiłku i bez szczególnych inwestycji. Anglikom wyszło, że do tego równania pasuje wyłącznie...co? Nie, nie węgiel. Drewno też nie. Jaki znowu torf?! Mumie egipskie, proszę państwa, mumie!
Milionami transportowane do Anglii napędzały maszynę rewolucji przemysłowej, a w postaci popiołów- angielskie rolnictwo. Zapanowała moda na Egipt, archeologię, empire i kanibalizm. Mam was! Powszechny zachwyt wzbudza znikający z półek angielskich aptek, sprzedawany w setkach tysięcy słoików lek "Pulver Mumiae" lub "Mumia vera Aegyptica", sprzedawany jako składnik konkokcji na różne schorzenia, w tym ból głowy, kaszel czy dolegliwości żołądkowe. Praktyka ta trwała do końca XIX wieku! Kanibalizm? Bez wątpienia.
Kontynuując - zawsze mnie zastanawia, kto był pierwszy? Kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby podgrzać piasek do 1400 stopni i stworzyć coś lepszego do okien niż barani pęcherz? Kto pierwszy postanowił sprawdzić czy mumia się pali? Kto pierwszy postanowił zobaczyć, jak zmienią się właściwości porcelany, jeśli połączy się glinę z mielonymi kośćmi?
W każdym bądź razie, ten , kto pierwszy połączył glinkę z mączką kostną był do końca życia bardzo bogatym człowiekiem. (Albo przepił fortunę, sprzedał swoje dzieci, stoczył się, złamał kark i zjadły go świnie. Ależ, oczywiście, że mogło!) Powstał produkt bielutki i odporny. Można go było rozwalkować na cieniutko, uformować wyszukane kształty.
Jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać w Anglii mniejsze i większe manufaktury, gdyż cudownie biała i cudownie trwała porcelana z Wysp byla w Europie bardzo pożądana. Tylko skąd, u licha, wziąć tak wielkie ilości kości? Tylu krów i świń i baranów nie bylo na Wyspach.
Był natomiast, pewien niepożądany składnik gleby , który w całej Europie okropnie przeszkadzał rolnikom - kości starych i nowszych pól bitewnych, zamienianych powszechnie (choć, niestety, tylko chwilowo) na pola uprawne. Tak więc, rolnik francuski, klnąc na czym świat stoi, wyorywał ze swojego pola kilka ton kości z ara, po czym, pukając się w głowę, sprzedawał owe kości Anglikowi. A gdy zabrakło kości w Europie, okazało się, że pola bitewne Ameryki Północnej są również doskonałym źródłem niezwykłego składnika Angielskiej porcelany. Do tego stopnia, że opłacało się transportować kości spod Saratogi, Alamo, Little Big Horn czy Gettysburga, statkami. Parowcami, oczywiście, napędzanymi egipskimi mumiami.
Śliczna, bardzo stara, Angielska filiżanka. A może przeklęty przedmiot, nad którym unoszą się widma kobiet i dzieci zmasakrowanych pod Wounded Knee.