Ciekawe, co?
Noooo , zachciało się na wakacje. Jakby na dupie nie można było w domu siedzieć . I co jest nie tak z grylem u szwagra, ja się pytam? No, co? Kto powiedział, że to trzeba od razu w cudzym domu mieszkać? W swoim to gdzie gacie wieczorem zostawisz , tam rano będą leżały. I dobrze. A tak to nie wiadomo po co wszystko się z domu wywozi, bo nie wiadomo co w tym cudzym domu będzie, a potem i tak...
No , ale tego to się nikt nie mógł spodziewać. No, szlag by to, mówiłem babie, po cholerę się włóczyć, kiedy można w domu siedzieć?
Zaczęło się od tego, że dzieciaki zaczęły marudzić, że my jak troglodyci cały czas w jaskini swojej siedzimy. Później się okazało, że siuśmajtki chcieli się nas pozbyć wszystkich, żeby swoje osiemnastki i siedemnastki czy tam , szesnastki, szlag, kto by tam spamiętał ile ta szarańcza ma lat.... no, w każdym razie, taką balangę ukręcili, że nawet dzielnicowego zaprosili. I wiecie co? Przyszedł skubany. A na gryla do szwagra to nigdy. Dobra, ale ja nie o tym.
Smarkateria kobiety nasze nakręciła i już się nie dało... No , takie strony znalazły, bachory podpowiedziały, oczywiście, dooming kropka kom i łóżko bez śniadania , chyba? Albo śniadanie bez łóżka? To drugie to nam się nie spodobało od razu. Żeby tak z marszu się przyznawać, że bez czegoś, ale ten dooming znaleźliśmy, a tam , calutkie domy do wynajęcia. Musieliśmy ze szwagrem przyznać, że, no , kurza twarz, no taki dom, cały, no i tanio jakoś? A kto ich tam wie? Pewnie tak ma być. No, wstyd nie skorzystać. Tośmy się szybko zdecydowali.... żesz, cholera jasna, za piękne to było, za piękne.
Po sześć walizek. Dacie wiarę? Jakby się, cholera, na ziemie odzyskane wybierały . I w krzyk, że warburgiem to one nie będą na wywczasy. No, żesz, warburg im nie pasuje! Widzieliście kiedyś lepszą brykę? To szwagier, idiota, że on widział. No i tak pojechaliśmy mercem sznurkiem powiązanym. Jak te dwanaście walizek żeśmy rozparcelowali do bagażnika, na dach i do tyłu to na asfalcie iskry za nami szły jak za ruskim sputnikiem. A już w lesie gruchot się rozkaraczył w pierwszym piaszczystym dołku. I od tego się zaczęło. Jak już panie lekkich obyczajów przestały w powietrzu latać, sprawdziliśmy na kserówkach, że to blisko ma być. Lasem dwa kilometry niecałe. Klucz pod wycieraczką. Okiej. Bierzemy każdy po walizce . Po resztę wrócimy jutro. No, I z buta. Dwa kilometry, taka ich mać. Chyba z pięć godzin żeśmy szli . Nogi w dupę wlazły, głodni jak cholera. Ciemno, żadnych gwiazd. A szwagier, idiota, w sandałach. Nawet nie pytajcie.
Ale jak żeśmy z lasu wreszcie wyszli... to wszyscy ooooooo. A cholera jasna, jeszcze można było zawrócić, ale kto by to... Wyszliśmy z lasu, a tu jezioro, woda jak lustro, tylko czarne. Chmury się rozwiały, księżyc się odbija. No, żesz, kuźwa, pięknie, no. Szwagier mnie łokciem szturcha. Dom. Jak dom. Klucz - jest, ale jaki. Wielki, czarny , ciężki. My z nim do drzwi, a drzwi skrzyyyyyyyyp, same się otwierają. Szwagier, idiota, że magnetyczne. Magnetyczne, psia jego raz ! Weszliśmy i się dziwnie zrobiło. Na zewnątrz, no, dom. Ganek, dwa okna z jednej, dwa okna z drugiej. Ale w środku nieeee. O, nie! W środku była .... cholera, jakby to.... izba, jedna izba. Mała. Jedno okno po lewej, jedno po prawej i jedno na wprost z widokiem na .... na ..... na..... szlag. Tam powinno być jezioro. Taaa. Powinno. A był cmentarz. Niewyraźnie mówię? Cmentarz. A w środku....no rzesz... po lewej... no.... trumna. I po prawej też. Co, też? Też trumna! A po środku stół. Nieduży. I dwa krzesła przy stole. Dwa! Noooo, to już było za wiele.
Chcieliśmy, a jakże. Ale niee, nie uciekliśmy. Ledwo daliśmy radę wszyscy razem dopchnąć drzwi. A potem szwagier walił krzesłem po tych trupich łapach, a my pchaliśmy ze wszystkich sił. I wtedy jeden nieumarły bezczel złapał moją ślubną za cycek. Nooo, jest za co złapać, prawda, ale nie radzę , oj, nie radzę! Jak się kobita odwinęła, jak wyprowadziła haka w podbródek! Głowa pofrunęła w ciemność, a nam udało się domknąć drzwi. A potem to się sypło! Najpierw stado wampirów pukało w okna. Udało im się zahipnotyzować szwagra bo się gapił z gębą otwartą, dureń, i mało brakowało a by oknem wylazł. Jak go zobaczyły, to uciekły. Chociaż raz na coś się przydała jego paskudna morda. Potem syreny się rozwyły. Takie paskudy z ogonami węgorzy. I znowu szwagier się poddał. Rozebrał się do gaci. A potem te gacie wyrzucił za drzwi. Widok tych gaci odstraszyłby tyranozaura, to i syreny wymiękły. A potem oczadzialy szwagier wybiegł za gaciami. A, że gaci nie złapał, biegał do świtu naokoło domu. Jak biegł w lewo to świecił pryszczatą dupą, a jak w prawo, to mu imponderabilia dyndały na wietrze. A to już jest widok dla nieludzko odpornych.
Takim sposobem byliśmy wolni od wszystkich potworów o świcie. Zostało jeszcze docucić szwagra, wcisnąć go w jakieś gacie i znaleźć drogę do merca. To pierwsze było trudne. Szwagier, idiota, jeszcze przez parę tygodni co jakiś czas zanosił się dzikim chichotem i próbował ściągnąć gacie poświecić tym czy owym. A merca znaleźliśmy dopiero dwa tygodnie później. No i do domu wróciliśmy pekaesem. Nie pytajcie.
Acha, i wiecie co? Dzieciaki powiedziały, że to nie dooming kropka kom tylko booking kropka com. Stara coś pomyliła. Kserówki zgubiliśmy w lesie. Ale przecież w internecie nic nie ginie, tak? A tu, proszę, Dooming kropka kom nie istnieje. Ciekawe, co?