Pamięć
Pamięć działa w dziwaczny sposób. Niektóre wspomnienia zapadają się w niej jak w czarnej dziurze, inne przeobrażają się w nieprzewidywalny sposób. Są takie wspomnienia, które wypalają swój obraz w pamięci i na zawsze pozostają wyraźne i świeże, oraz takie, które w prawdzie rejestrują się niezmienione, ale pamięć upycha je głęboko i potrzebny jest jakiś szczególny sygnał żeby wydobyć je na powierzchnię.
I wreszcie, są wspomnienia, które chcesz usunąć, desperacko zagrzebać w otchłani niepamięci. A one wyłażą na wierzch niezaproszone, znienawidzone, dręczą Cię bez końca gdy nie śpisz, nie dają odetchnąć nocą, zakradają się wyolbrzymione do twoich snów żebyś budził się z krzykiem noc po nocy.
Wydarzenia tego dnia wypaliły się w mojej pamięci. Mogę odtworzyć wszystko co się wydarzyło, sekunda po sekundzie. Nie chcę. Ale mogę. Mogę, ponieważ wypalone zostały przez strach. Paniczne, wszechogarniające przerażenie. Wtedy baliśmy się, ale teraz dołączyło poczucie beznadziei. Bo nie ma ratunku. Chciałbym, żebyście zrozumieli.
Miało być zwyczajnie. Mieliśmy świętować zdaną maturę. Normalnie napić się piwa, pomarznąć nocą przy ognisku, dać się zeżreć komarom, odespać kaca i wrócić do domu. Normalnie, jak wszyscy.
Nie mieliśmy szwendać się po nocy po jakichś cholernych kamiennych polach. Nie mieliśmy się dowiedzieć tego, czego nie mieliśmy wiedzieć. Nigdy. A teraz nie można już tego odkręcić. I chociaż nikt nam nie wierzy, tak jak i wy nie uwierzycie, to jednak historia się rozprzestrzenia i ktoś, kiedyś może znajdzie sposób...
Miejsce biwakowe nad jeziorem w lesie. Cha, cha. Ani to jezioro, ani to las. Park w granicach miasteczka i większy staw. Na jednym brzegu stawu drewniane stoły i lawy i dziura na ognisko - dosyć daleko, żeby czuć powiew wolności, dosyć blisko, żeby z buta wrócić do domu. Na drugim brzegu stawu, i to może być dla was ciekawe, na drugim - rezerwat. Całe nasze miasteczko żyje w cieniu rezerwatu. Nie wolno wchodzić do rezerwatu. Mamy to wydrukowane. Od małego rodzice powtarzają dzieciom jak najważniejszą w mieście prawdę, jedyne prawdziwe prawo. Nauczyciele w jedynej szkole podstawowej uczą na obrazkach i każde dziecko wie jak wyglądają granice rezerwatu i co się stało z nieposłusznym misiem, który podszedł za blisko. Potem, w liceum, oklejają to wszystko jakimiś strzępami nauki, ale do tego czasu nikt już nie ma wątpliwości. Nie wolno!
Co kilka lat przyjeżdżają do miasteczka ludzie ukryci za czarnymi szybami wielkich samochodów ciągnących czarne cysterny. Nie chcecie nawet wiedzieć co się stało z ciekawskim misiem, który podczepił się pod cysternę. Brrrr.
Ani nasi dziadkowie, ani rodzice, nikt nigdy tam nie był. Powtarzali tylko, że to rezerwat, że na tych głazach rośnie jakiś unikalny, trujący glon, że jakieś wyziewy, że niebezpieczeństwo i takie tam.
I to było nieuniknione - znalazł się w końcu ktoś, kto postanowił sprawdzić blef. Kostek. Kostek był starszy. Nie wiedzieliśmy nawet , czy zimował czy coś innego . Doszedł w maturalnej klasie i już samo to było sensacją. Był geniuszem, nie wywyższał się, nie zabiegał o niczyje względy, więc, naturalnie, wszyscy chcieli przyjaźnić się z Kostkiem. Kostek, w przeciwieństwie do nas wszystkich, nie był od urodzenia bombardowany zakazami dotyczącymi rezerwatu. Ale my byliśmy, a mimo to... Czasami jak ci mówią "zostaw, bo pożałujesz ", to trzeba zostawić. I tyle. Kostek rzucił wyzwanie, a my,..
Nakłamaliśmy, i tak jak staliśmy, w szortach i tenisówkach, poszliśmy lasem wokół jeziora. No i co? Durnie. Byliśmy w tym najgłupszym wieku, kiedy nie byliśmy już dziećmi, ale jeszcze nie dorosłymi. Nasze mózgi znajdowały się w tej idiotycznej fazie rozwoju, kiedy "ja wiem lepiej, bo starzy nic nie rozumieją" idzie w parze z "nic mi nie będzie, bo to wszystko ściema".
Nikt z nas nie wiedział, czy to daleko. Wydawało się, że nie, ale dość szybko zaczęliśmy mieć wrażenie, że coś dzieje się z przestrzenią. Że nasze kroki były raz krótkie, a potem niemożliwie długie. Że ktoś idący obok nagle oddalony był o kilka metrów. Zwolniliśmy i złapaliśmy się za ręce. I widać było, po prostu widać, że gdyby znalazł się ktoś odważny i rzucił hasło do odwrotu...nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy teraz. Tyle.
Kostek szybko wysforował się na przód. Początkowo oglądał się niecierpliwie, ale później po prostu szedł przed siebie jakby od tego coś zależało... Minęliśmy pierwsze tablice ostrzegawcze. Zielone. Parę metrów dalej pojawiły się czerwone tablice. I wtedy zrobiło się ciemno. Ktoś się potknął, ktoś inny upadł pociągając za sobą kilka osób. Zatrzymaliśmy się. Nikt już nie miał wątpliwości, że to był zły pomysł. Prawdopodobnie najgorszy jaki mogliśmy wprowadzić w życie. Teraz chcieliśmy już tylko wracać. Ale Kostek krzyczał radośnie, gdzieś w pobliżu , że już nie jest ciemno, że to jest niesamowicie piękne. Wydawało się, że jest blisko, nie chcieliśmy go zostawić. Szliśmy przez kilka minut w ciemności, odkrzykując, żeby nie utracić kontaktu.
I faktycznie, ciemność ustąpiła tak samo nagle jak przedtem zapadła. Wyszliśmy na... na pole pełne wielkich głazów. Nie wierzyliśmy oczom, próbowaliśmy filmować, robić zdjęcia. Jak coś tak rozległego mogło zmieścić się w granicach naszego rezerwatu! Bez szans! A przed nami ogromna przestrzeń i głazy wysokie może na metr jak wystające z ziemi dachy autobusów, ciasno upakowane i pokryte fosforyzującą w odcieniach zieleni i niebieskości, falującą plechą. A nad nimi unosiła się w powietrzu gęstymi pasmami, chmura podobna do dymu zarodników nad rozdeptaną purchawką. Staliśmy bez słowa, oszołomieni, oczarowani tańcem barw, a wirująca chmura pachniała tak pięknie i powietrze niosło kojący dźwięk jakby kryształowych dzwonków. Nikt nie zauważył, że Kostek zamilkł. Trwaliśmy zamarznięci w czasie i przestrzeni. To było piękne. Chcieliśmy już tylko zostać tam na zawsze. I wtedy wpadł na nas Lolek. Niski i piegowaty, zawsze plątał się na końcu i teraz też ostatni pozbierał się z ziemi w ciemności. Kochany,kochany Lolek! Wypadł na nas otrzepując spodnie i narzekając, że nikt na niego nie czeka, i że znowu go zostawiliśmy z tyłu, i że teraz to już moglibyśmy przestać, i w ogóle co tu się wyrabia?! Ludzie, no, pobudka!
Szarpaliśmy się za ręce, żeby wyrwać się z transu. Ściskaliśmy Lolka i wołaliśmy Kostka i krzyczeliśmy na siebie, żeby uciekać.
Wypadliśmy z parku na oświetloną ulicę. Cicha i spokojna ulica, jak zawsze nocą w naszym miasteczku. Dopiero wtedy dopadł nas szok. Czuliśmy się, jakby ktoś wyrwał nas z upiornego komiksu. Wyglądaliśmy koszmarnie- podrapane twarze i ręce, podarte ubrania, obłoceni. Trzęśliśmy się, ręce nam drżały, nie mogliśmy utrzymać się na nogach. Długo siedzieliśmy na ciepłym asfalcie próbując wrócić do rzeczywistości. Tuliliśmy się do siebie, po twarzach płynęły nam łzy. Policzyliśmy się. Wszyscy. Wszyscy oprócz Kostka.
Jeszcze przez chwilę wierzyliśmy, że wydarzenia poprzedniej nocy pozostaną tam, gdzie ich miejsce - w przeszłości. Jak dzieci schowane pod kocem wmawialiśmy sobie, że wymażemy wszystko, jeśli wystarczająco długo będziemy zaciskać oczy. Jeszcze przez chwilę wierzyliśmy kiedy, stłoczeni w pokoju Lolka, jeden po drugim, odpalaliśmy nasze telefony. Nie chcieliśmy, tak bardzo nie chcieliśmy tam wracać i nadzieja, że nie będziemy musieli, rosła kiedy kolejny film pokazywał tylko jakieś rozmazane w biegu nie wiadomo co i niewiele więcej. I wtedy zobaczyliśmy co zarejestrował telefon Lolka ...
Mama Lolka nie zrozumiała wówczas naszej reakcji. Podobno.
- Kostek czeka na dole. Nie wiem o co poszło, ale pomimo, że wystawiliście go wczoraj do wiatru, nie obraził się, więc zejdźcie proszę, na dół.
Nie zeszliśmy. Podobno. Zabarykadowaliśmy się i dopiero sanitariusze i policjanci wyciągnęli nas kopiących i wyjących jak przerażone zwierzęta. Podobno.
Jesteśmy w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiemy gdzie. Za oknem są piękne góry. Czasem owce albo krowy. Nie rozmawiamy. Dają nam leki. Żebyśmy mogli zapomnieć. Tylko, że my już raz zapomnieliśmy.
Kiedy coś podające się za Kostka pukało do drzwi, my patrzyliśmy na nas samych, stojących i patrzących na Kostka rozciągniętego na głazie jak na ołtarzu . Na jego przerażone oczy i usta otwarte do krzyku. Ale nie krzyczał. Nie mógłby przecież. Nie miał płuc.
Odbierzcie mi pamięć, proszę, odbierzcie mi pamięć!