Innym razem
Było sobie kiedyś małe szczęście.
Nazywało się Szczęście ponieważ było szczęściem, a każdy , kto jest szczęściem nazywa się Szczęście. No cóż...nie mają wyboru.
No...bo...rozumiecie przecież, że gdyby szczęście nazywało się Kalosz, albo , na ten przykład, Żwir, to przecież wszystko byłoby jakieś nie takie. Na przykład: ci, co grają w karty mówiliby "Kto ma Żwir w kartach, ten nie ma Kalosza w miłości. " A ci, co akurat nie grają w karty mogliby, oczywiście, pocieszać się, że "Kalosz sprzyja lepszym". Tak. Trochę zbyt dziwnie.
Bohatera naszej historii nazwano Małe Szczęście kiedy jeszcze było małe. A potem, kiedy już mogło być duże, uznało, że nie chce. Najpierw podobało mu się po prostu, że jest male, ale później (po wielu latach zajmowania się tym, czym zajmują się szczęścia) uznało, że bycie Małym Szcęściem znacznie bardziej mu odpowiada.
Musicie, bowiem, wiedzieć, że Małe Szczęście ma wielkie mnóstwo rodzeństwa, kuzynów, wujaszków, sąsiadów i koleżanek z pracy. Dla naprzykładu podam imiona kilku szczególnie zasłużonych wujaszków i przyjaciół: Ten-to-ma-Szczęście, Na-całe-Szczęście, Na-Szczęście-się-znalazło, Na-Szczęście-to-ty, Szczęście Początkującego, Ach-jakie-to-Szczęście, Szczęście-w-Nieszczęściu, Na-Zdrowie. Ten ostatni się kiedyś podpiął bez pytania, ale pozwolili mu zostać. Wiadomo! Szczęścia nigdy za wiele! I cały ten szczęścioludek biega w te i wew te, uwija się jak może, żeby odwiedzić jak najwięcej ludzi. Małe szczęścia są pracowite i towarzyskie, lubią się śmiać i dzielić - i właśnie dlatego Małe Szczęście postanowiło zostać małe.
Zauwazylo bowiem, że...no, jakbty to ująć, szczególny charakter trzeba mieć, żeby być dużym nie małym. Trzeba być nietowarzyskim odludkiem i raczej takim zarozumiałym. Bo jeśli jeszcze nie domyśliliście się, Szczęścia Wielkie, Szczęścia Wyjątkowe, Ogromne Szczęścia i Szczęścia Niesamowite nie pospolitują się z małym ludkiem. Siedzą, leniuchy jedne, nadęte takie, zadzierają te swoje przerośnięte nochale, a ich brzuszyska, upasione ludzkimi błaganiami zasłaniają im prawdziwy świat. I chociaż te Wielkie, Ogromne i cała reszta leniuchów, mają ludzi w nosie i z rzadka tylko który palcem łaskawie kiwnie, mimo to ludzie stale marzą o nich i błagają o łaski. I co? I pstro.
Oczywiście, wielkie szczęścia zdarzają się , a jakże. I jak już są, to są wspaniałe, niezapomniane, cudowne. I te wyczekane, wyproszone, czasem wypłakane, i te niespodziewane, nieoczekiwane, a może nawet niezasłużone? Może... Ale zdarzają się. A gdy już są, to ludzie świętują ich przybycie, wysyłają zaproszenia, kupują torty i szampany. A one (te wielkie szczęścia )potrafią zmienić ludzkie życie (na lepsze, a nawet na bardzo mocno lepsze. Ale czasem na gorsze, a czasem nawet najpierw na lepsze, a dopiero potem na gorsze) a nawet zmienić bieg historii. I fajnie. Ale, tak na codzień, to co nam zostaje?
Otóz mnóstwo nam zostaje!
Nie wiecie? No to proszę.
O, choćby teraz. Siedzę sobie, a słońce świeci, jakiś ptaszek pitoli. A na czereśni siedzi sobie takie malutkie, malusieńkie szczęściątko, dynda nożynami w różnokolorowych skarpetkach nie do pary i macha do mnie łapką całą upaćkaną na czerwono moimi czreśniami, którymi się bez pytania opycha. A jak odmachnę, to się uśmiecha. A jak się uśmiecha, to na chwilę jest tak jakby było, gdyby było inaczej, bo na chwilę zapominam i przez tę chwilę jest tak...tak właśnie...jakby mogło być, gdyby nie było tak jak jest...
I wtedy wpada na mnie takie wielkie czarne, kudłate, i ta morda taka uśmiechnięta przykleja mi się do twarzy, a ja sobie wtedy myślę, że "Tfuj! Że co też ja głupia!" Teraz jest właśnie tak, jak ma być, bo jest i to szcęściątko moje kudłate na niedźwiedzich łapach i wsystko inne jest tak, jak ma być.
Widzicie, to jest w sumie bardzo proste. Jak się czeka na te wielkie szczęście, takie czy inne, i jak się ma oczy utkwione gdzieś daleko za hotyzont, gdzie te wielkie szczęścia siedzą sobie na postumentach i mają nas, nie przymierzając, w nosie. No, więc , jak się patrzy tam daleko i się marzy o tym szczęściu jedynym, to się przegapia te wszystkie małe szczęściątka, których naokoło pełno jest. Jasne?
Słucham? Że pani co?! Że pani nie ma czereśni? I pan też nie?!
Stop!
No nic żeście nie zrozumieli. Skupcie się, bo to ważne jest.
To szczęściątko, co to siedziało na mojej czereśni, to ono nie przyszło do mnie dlatego, że u mnie w tym roku czereśnie takie niemozliwie wielkie, i ono wybrało mnie, omijając tych wszystkich nieszcęśników, którzy nie mają czereśni. Przyszło do mnie ponieważ , jak patrzyłam na te czereśnie i na tego ptaszka, co to pitolił i na tę mordę czarną, kudłatą, to wiedziałam, że tak właśnie ma być, a ono tylko....
No i co pan tak na mnie patrzy dziwnie? Że pan nie ma kudłatej mordy? Ale pan rozumie chyba, że ta morda to...
Doooooobrze, ze mną , jak z dzieckiem. Proszę baaaaaardzo. Teraz będzie dla słabszych. Wielkimi literami.
Tyko teraz cicho wszyscy, bo powiem to tylko raz.
To my decydujemy, że to, co jest, to jest tak, jak ma być. My.
A jeśli nie jest? To również jest bardzo proste... ale o tym, to już innym razem. Postscriptum autorki Moi kochani czytenicy i moje ulubione czytaczki. Wiecie, co jeszcze jest bardzo proste? Teraz możecie w prosty sposób dać mi znać, że podobało wam się to, co przed chwilą przeczytaliście. Wystarczy wejść w link, który zamieszczam poniżej i wybrać. A co wybrać? Aaaaa, to już zależy od tego, jak bardzo wam się podobało
