Byle dalej...
Taką jedną sprawę mam do was. Nie wiem od czego zacząć, to zacznę od końca. W skrócie, spieprzajcie z miasta!
Byle daleko. Znacie kogoś kto mieszka w małym miasteczku? W podmiejskiej sypialni? Na wsi, może? To wszystko nie wystarczy. To nie wystarczy. O, nie!
Zgarnijcie co się da i spieprzajcie z miasta. Już. Najlepiej byłoby, gdybyście wyjechali wczoraj albo miesiąc temu, ale jutro też może być. Nie zatrzymujcie się. Wybierajcie boczne drogi. Nieoświetlone. Tam, gdzie światła waszego pojazdu będą przecinać absolutną ciemność.
Wybierajcie boczne drogi. A potem jeszcze mniej uczęszczane od tych bocznych. Wybierajcie drogi wijące się między wzgórzami, jeziorami, albo, najlepiej, przez lasy. Kierujcie się w stronę, w którą nie jest skierowany żaden drogowskaz. Aż dotrzecie do miejsca, gdzie w nocy nie widać sztucznych świateł. Do miejsca, w które nie wierzy gps, a telefon komórkowy staje się gadżetem ze startreka. A jak już tam dotrzecie, to weźcie to, co dacie radę unieść i idźcie dalej pieszo. Najdalej jak się da. W dzicz.
Ludzie, do cholery, wysłuchajcie mnie najpierw. Jak już wam powiem, na co patrzeć, jest szansa, że ktoś z was też to zobaczy. I może tamtemu ktosiowi uwierzycie łatwiej niż mnie. Niektórzy z was widzą, ale nie wiedzą, co. Mnie też ktoś musiał wytłumaczyć. Jasne, większość nie zobaczy nic. Będziecie patrzeć na mnie jakbym wam opowiadał o lądowaniu ufo przed kościołem w Trypuciach. Śmiejcie się, albo nie śmiejcie, ale, na wszystko, co wam drogie, wysłuchajcie mnie a potem zdecydujecie czy wierzyć czy nie.
Miasta wzbierają czymś od dawna. I to nie jest nic dobrego. Najpierw rosło powoli. Z czasem nabrało sił. Teraz przemieszcza się w rurach i w ścianach, rozłazi się i rozsiewa niewidoczną truciznę. Zorientujesz się w końcu, ale będzie już za poźno, bo gdy trucizna rozrośnie się w tobie i zaczniesz się dusić...
No, więc, to co dziwne, w moim życiu zaczęło się po studiach. Zmieniałem pracę częściej niż inni i początkowo nie wiedziałem dlaczego. Teraz to rozumiem. Szukałem takiej pracy, w której mógłbym spotykać ludzi. Zawsze dużo ludzi. Chodzi o to, że już wtedy...to znaczy, dopiero dużo później to zrozumiałem, a właściwie, wytłumaczono mi to. No więc, już wtedy dostrzegano pojedyncze egzemplarze. Ale nie tyle co teraz. Czy w ogóle ludzi bylo mniej, czy miasta nie były takie ...odizolowane. Albo...może...izolujące? I przede wszystkim - inaczej się to jakoś rozprzestrzeniało...
Nie miałem w zwyczaju siedzieć u kogoś w kieszeni. Czy rodzicom na głowie. Była praca, to pracowałem. Bylem taksówkarzem. I listonoszem. Byłem ochroniarzem w galerii handlowej i salowym w szpitalu. I kanarem w autobusie.
Chodzi o to, że spotykałem ludzi. W pracy. Zawsze dużo ludzi, ciągle nowych, przypadkowych. I wreszcie zacząłem się zastanawiać. Posłuchajcie, może zrozumiecie. W każdej mojej robocie codziennie widziałem tłumy ludzi, którzy mieli na zawsze pozostać dla mnie obcy, więc nie było żadnego powodu żeby ich analizować i zapamiętać. Różne przypadki się zdarzały, zabawne, niebezpieczne, głupie. Po latach mogę opowiedzieć wiele z takich zdarzeń (mniej lub bardziej wiernie). Jednak rzadko, bardzo rzadko pamiętam kto dokładnie był bohaterem tej historii, gdzie i kiedy się zdarzyła. Pamiętam na przykład, jak jakiś facet z teczką tłukł tą teczką w szybę kasy kiedy byłem nocnym bileterem na wielkim dworcu w stolicy. A może to była kobieta z dużą torebką? A może to nie było w stolicy? Trzeba było wzywać policję , a to było jeszcze przed telefonami komórkowymi... a, nie! Były już komórki, tylko sieć padła po burzy i facet nie mógł kupić biletu online a była kolejka do kasy... tylko, o co chodziło z tą torebką?! Rozumiecie, jak to działa? Po latach historie się zlewają , ewoluują, upiększają, upraszczają. Jak dotąd nic niezwykłego, prawda?
Ale byli też inni. Nazwałem ich "zepsutymi" dlatego, że mieli zepsute zęby. Dopiero później, kiedy namierzyła mnie Sekcja, dowiedziałem się, że to "zgniłki". Były też "purchawki". Tych nie widziałem. Albo raczej, nie umiałem zobaczyć.
No więc, ci zepsuci...oni nigdy nie robili nic wartego zapamiętania. W tym świecie, w którym możesz być tak barwny jak tylko zechcesz - oni są idealnie szarzy. I jakby pokryci kłaczkami kurzu. Takiego, jaki wytacza się spod szaf.
Początkowo nie zwracałem uwagi, bo i po co? Nie robili nic. Siedzieli. Albo stali. Nigdy nie widziałem żeby któryś szedł. Pyk! I był. Pyk! I go nie było. No więc, nie robili nic, a mimo to, ja pamiętam każdego. Ze wszystkimi detalami. Jakbym nosił w pamięci album pełen zdjęć podpisanych starannie datą i miejscem.
Pierwszy to był wtedy, kiedy pracowałem jako kierowca empeku. Moja pierwsza praca. Mój pierwszy dzień. Żeby uczcić ten fakt, mama dała mi kanapkę z szynką! Jadłem ją w przerwie, na pętli i w bocznym lusterku złapałem spojrzenie takiego zakurzonego gościa. Siedział spokojnie na ławeczce na przystanku i przyglądał mi się uważnie. Kiedy złapał moj wzrok wyszczerzył w karykaturalnym, drwiącym uśmiechu żółtobrązowe zęby. Mrugnąłem tak jak się mruga, żeby osłonić oczy przed nagłym podmuchem, który zdążył wepchnąć pod powieki drażniący pył. Kiedy po sekundzie otworzyłem oczy, w tym samym miejscu na ławeczce siedziała para młodych ludzi. Wyskoczyłem z autobusu, rozdeptałem swoją ledwo nadgryzioną kanapkę z szynką...szkoda!
Widywałem ich coraz częściej. Najpierw to był jeden co kilka miesięcy. A po czterech czy pięciu latach to był już jeden na tydzień. Wszyscy szarzy. Bladzi, wręcz zielonkawi, bure, tłuste wlosy zwisające w strąkach. Demonstrowali zepsute , końskie zęby w drwiacych uśmieszkach. I olśniło mnie. Pomyślałem, że ludzie zaczęli się psuć!
Od tego momentu, od momentu, kiedy pojawiła się myśl, że ludzkość w jakiś sposób zaczęła ulegać degradacji, stałem się uważnym obserwatorem. I kiedy eksterminatorzy pojawili się u mnie po raz pierwszy, z dziesiątkami wielkich ksiąg zawierających tysiące zdjęć, mogłem pokazać każdego zepsutego, zgniłka, którego spotkałem i powiedzieć dokładnie gdzie to było i kiedy.
Eksterminatorzy pojawiali się regularnie. Po kilku latach księgi zostały zastąpione jakimiś urządzeniami podobnymi do telewizorów, a te szybko stały się małe i poręczne. A zgniłki były już wszędzie.
Wreszcie, wczoraj przyszedł do mnie taki młody eksterminator o badzo starych oczach. Usiadł przy stole i spytał czy mam wódkę. Miałem. Postawilem butelkę i podszedłem po kieliszki do kuchni. Jak wróciłem, młody trzymał w ręku otwartą butelkę. Na mój widok podniósł butelkę do góry, opuścił głowę. Po czym powiedział cicho: - Sekcja rozwiązana. Przegraliśmy.- I pociągnął z butelki solidny łyk. Wyciągnąłem drugą butelkę.
No i cóż. Przegraliśmy, ale plecha (czyli, w dużym skrócie, skondensowane, inteligentne g@#&o) która przemieszcza się kanalizacją, ginie w czystej wodzie. Zgniłki potrafią przemieszczać się po kablach. Ale purchawki...purchawki jadą na falach radiowych jak na autostradzie. To da się załatwić. Wiemy jak.
Ale, tym czasem, spieprzajcie z miasta! Tam, gdzie jest wiatr, słońce, gwiazdy, czyste niebo. Gdzie nie ma prądu. Gdzie nie ma sieci. W dzicz. Byle jak najdalej od miast. Byle daleko. Byle dalej...
Postscriptum autorki
Franciszkiewicz skończył czytać i zapadła krępująca cisza. Franciszkiewicz odłożył rękopis, odkaszlnął, łyknął ze szklaneczki i rozejrzał sie po obecnych. Ale cisza trwała. Franciszkiewicz przesunął rękopis z prawej strony paprotki na lewą. Komarczyk nie wytrzymał napięcia. Czerwony na twarzy poderwał się z krzesełka, ale siedzacy po jego obu stronach bracia Gawrońscy, szarpnęli go jednocześnie za rękawy swetra krzywo wydzierganego przez Lola Komarczyka na pracach ręcznych dla powtarzających szóstą klasę. Rękawy wytrzymały i Komarczyk z jękiem opadł na krzsełko. W tej samej chwili, czekająca już w pogotowiu biuściasta pani Basia, zarzuciła na głowę Komarczyka worek na kapcie swego wnuka, Filipka. Komarczyk westchnął i osunął się bezwładnie z krzesełka na podłogę. Biuściasta pani Basia energicznym gestem poprawiła perukę ala Villas. Rozległy się nieśmiałe oklaski. Ale Franciszkiewicz odetchnął z ulgą.
-No, już można!- obwieścił dobitnie.