Floribus memoriarum
Fragmenta ex Diario Expeditionis in Paludem Incognitam (manuscriptum valde corruptum, reperitum inter chartas prof. X. — initium et finis deperditi)
Jako, że wykształcenie moje obejmuje również florę egzotyczną, który to temat zagłębiałem w czasie studiów w Oxfordzie, poproszono mnie o zbadanie prawdziwości pewnej pogłoski o roślinie, która zdaje się posiadać raczej bajkowe cechy. Jednocześnie, pod słowem honoru zobowiązałem się do zachowania w tajemnicy osobę zleceniodawcy, jak i cel tej podróży. Tak więc, dziennikowi temu jedynie sprawozdanie powierzam.
Zgodnie z prośbą wyruszyłem sam , oprócz woźnicy, jedynie w towarzystwie studenta w Katedrze Botaniki Systematycznej carskiego uniwersytetu warszawskiego, który ma pomagać w katalogowaniu i zabezpieczaniu eksponatów.
Choć nieodmiennie znajdujemy się w Guberni Grodzieńskiej Imperium, jednak oddaliliśmy się znacznie od cywilizowanego świata. Trzeci już tydzień brniemy przez gąszcze i błota tysiącletniej puszczy, walcząc z uporczywymi owadami, które zdają się mieć na celu pożarcie nas żywcem.
Wśród osobliwości flory, jakie przyszło mi badać w tym niedostępnym obszarze bagiennym, szczególne miejsce zajmują dwie rośliny z rodzaju Orchis, których właściwości wymykają się dotychczasowemu porządkowi wiedzy botanicznej.
Obie rośliny występują wyłącznie na niewielkim, stale uwodnionym torfowisku, którego skład chemiczny i mikroklimat zdają się tworzyć warunki niepowtarzalne i niemożliwe do odtworzenia poza jego granicami.
Orchis morphei, przez lud tutejszy zwana morfeią, to roślina drobna, niepozorna, łatwa do przeoczenia wśród mchów i niskiej roślinności bagiennej. W stanie wegetatywnym wykazuje słaby rozwój części nadziemnych, natomiast stadium siewki przedstawia osobliwości najwyższej wagi.
Z obserwacji wynika, iż młode osobniki wymagają niezwykle wysokiej koncentracji związków fosforowych i wapniowych, pozostających w określonej, jak się zdaje, proporcji ilościowej, której dotąd nie udało się ściśle ustalić. Co więcej, obecność żelaza w formie hemowej — niespotykanej w zwykłych procesach roślinnych — zdaje się warunkiem dalszego jej rozwoju. Źródło tego pierwiastka pozostaje niejasne, aczkolwiek jego obecność sugeruje związek z materią zwierzęcą ulegającą rozkładowi.
Szczególną cechą - choć prawdę powiedziawszy, nie ma w tej roślinie nic zwyczajnego - jest woń wydzielana przez osobniki kwitnące: słodkawa, trudna do jednoznacznego określenia, która wykazuje osobliwą właściwość. Mianowicie, spowija mgłą umysł ludzki, podczas gdy na inne stworzenie wydaje się nie mieć wpływu.
Doniesienia, choć trudne do zweryfikowania w warunkach eksperymentalnych, wskazują, iż przebywanie w zasięgu tej woni prowadzi do głębokiego snu. Sen sprowadzony przez Orchis morphei ma być podobny śmierci. Fakt ten wymaga dalszych badań, jednak potrzeba dużej rozwagi, gdyż zejście śmiertelne człowieka w efekcie tych eksperymentów, wydaje się więcej niż pewne.
Orchis lethaea, drugi z opisywanych gatunków zwany letą, odznacza się nader subtelną urodą. Kwiaty barwy bladego różu, niemal prześwitujące, zdają się unosić nad powierzchnią torfowiska. Roślina ta występuje wyłącznie w bezpośrednim sąsiedztwie O. morphei, przy czym zależność między nimi, choć bezsporna, pozostaje niewyjaśniona.
Zapach kwiatu, ledwie uchwytny, działa w sposób jeszcze bardziej zagadkowy niż w przypadku gatunku poprzedniego. Z relacji wynika, iż jego wdychanie prowadzi do stopniowej i nieodwracalnej utraty pamięci. Proces ten nie jest gwałtowny, lecz raczej odsunięty w czasie i postępujący, co czyni go szczególnie niebezpiecznym.
Uwagi końcowe
Pomimo licznych prób, nie powiodło się przeniesienie żadnego z opisanych gatunków poza ich naturalne stanowisko. Zarówno osobniki dorosłe, jak i siewki giną niezwłocznie po zmianie środowiska, co wskazuje na istnienie czynników dotąd nierozpoznanych, być może natury mikrobiologicznej lub chemicznej.
Zdumiewający pozostaje również fakt, iż oba gatunki występują wyłącznie razem, jak gdyby ich egzystencja była wzajemnie powiązana, choć natura tej zależności nie została dotąd wyjaśniona.
Fragmenta ex Diario Altero — repertum in anno Domini MCMXVII (in sacculo humido sub tunica militis ignoti inventum; sanguine, limosa et scriptura dissoluta)
Nie wiem już, czy to jeszcze wojna, czy tylko jej echo w głowie. Piszę w przerwach między gorączką a ciszą, która tu nie jest spokojem, lecz czymś cięższym od huku armat. Las przestał być lasem. Ziemia przestała być ziemią. Wszystko zdaje się przechodzić w jedno — w mokrą, bezimienną masę, która pamięta więcej niż człowiek. Powierzono mi ten dziennik stary wraz z rozkazem naocznego potwierdzenia prawdziwości obserwacji w nim zawartych.
Rozpoznaję siebie w papierach, w jakie mnie wyposażono Jestem oficerem i botanikiem. Te słowa wracają do mnie i odpływają i coraz częściej nie pamiętam, czego dotyczą.
Oddział odłączył się dwa dni temu. Albo dwa tygodnie. Czas nie ma w tej głuszy zastosowania. Tysiącletnia puszcza żyje swoim czasem.
Zboczyliśmy z drogi podczas ostrzału. Mgła była tak gęsta, że nie rozróżniało się kierunku wystrzałów od własnego oddechu. A potem nie było już żadnego kierunku.
Bagno pojawiło się nagle — nie jako miejsce, lecz jako brak czegoś...innego...Ziemia zapadała się pod stopami w sposób zbyt miękki, jakby nie chciała nas zatrzymać, lecz przyjąć.
Widziałem floribus memoriarum - honorem swoim zaręczam. Widziałem.
Nie od razu rozpoznałem, czym są. Najpierw myślałem, że to halucynacje od gorączki lub gazów. Ich eteryczne piękno zdaje się nie pochodzi z tej ziemi.
Jedne drobne, niemal nieobecne — jakby wyrastały z samej niepamięci gleby. Drugie blade, różowe, stojące w powietrzu nad torfem jak ostatnie westchnienie.Orchis morphei i Orchis lethaea. Słowa te przyszły do mnie bez nauki, jakby ktoś je wcześniej we mnie zapisał, jak też i rozkaz, abym spisywał wszystko jak najstaranniej.
Nie powinienem był podejść bliżej.
Jeden z żołnierzy… młody, zbyt młody… zatrzymał się przy kwiatach. Pamiętam, że śmiał się jeszcze chwilę wcześniej. Potem przestał mówić w połowie zdania. Nie upadł. Po prostu… przestał być, jego myśli nie miały już czego się trzymać. A jego materia przestała być naczyniem jego życia. Stała się naczyniem życia tego, czym są te rośliny.
Dotknąłem rośliny. Choć wiedziałem, że w tym będzie moja zguba. Nie wiem dlaczego.
Zapach nie był zapachem. Był istnieniem. Jakby coś delikatnie odwiązywało węzły w mojej głowie — nie gwałtownie, lecz delikatnie, troskliwie. Przyszło wspomnienie domu. Potem twarze, których nie umiem już umieścić w żadnym imieniu. Potem myśli zaczęły się rozwijać jak krwawy bandaż. Nie czuję bólu. To najgorsze.
Nie wiem, czy wrócę. Być może wróciłem. Jeśli ten kajet znajduje się w twoich rękach, kimkolwiek jesteś, na Boga Żywego, zaklinam, błagam. One nie rosną, one są
Nie pamiętam
Fragmenta ex Tertio Diario — Varsavia, anno circiter MCMLXIV (notae inventae inter manuscripta privatissima Prof. X., emeriti botanici; calamus tremulus, atramentum decoloratum)
Nie piszę już dla świata nauki. Świat nauki nie ma cierpliwości do rzeczy, których nie potrafi zmierzyć, zważyć ani powtórzyć w warunkach laboratoryjnych. A jednak są rzeczy, które istnieją tylko wtedy, gdy się ich nie zamyka w retortach i definicjach.
Piszę dla samego siebie — choć i to pojęcie zaczyna się rozpadać.
Minęło wiele lat odkąd pierwszy raz trzymałem w ręku ten notatnik. Relacje, które kiedyś uznawałem za produkty chorej wyobraźni lub literacką przesadę. Dwie wojny, trzy państwa, kilka nazw, które przestały istnieć razem z ludźmi, którzy je wypowiadali.
A jednak wracają do mnie nie słowa, lecz zapach, a z nim myśli i uczucia zupełnie obce, nieludzkie. Jak przywołanie czegoś, co nigdy nie zostało całkiem utracone.
W archiwach uniwersyteckich nie istnieje żadna wzmianka o gatunku Orchis morphei. Sprawdzałem katalogi, zielniki, nawet stare indeksy niemieckie i rosyjskie, które ocalały po wojnie.
Nic.
A jednak mam przed sobą notatki — również moje własne, sprzed lat — które opisują roślinę drobną, rosnącą wyłącznie na jednym, nienazwanym torfowisku. Opis zawiera szczegół, którego nie potrafiłbym zmyślić: fosfor i wapń w proporcji nieprzypadkowej, jakby gleba była komponowana, nie tworzona.
I jeszcze to zdanie, zapisane moją ręką, choć nie pamiętam momentu jego pisania:
„zapach działa wyłącznie na człowieka, jakby rozpoznawał w nim właściwego odbiorcę, albo dawcę"
Drugi gatunek — delikatny, różowy — pojawia się w notatkach jeszcze rzadziej, jakby sam tekst nie chciał go utrwalić.
Lethe.
Zadziwiające jest to, że im dłużej nad tym pracuję, tym mniej jestem pewien, czy „zapomnienie” jest skutkiem działania rośliny, czy też jej warunkiem istnienia.
Próbowałem odtworzyć warunki siedliskowe.
Torf sprowadzono z północy. Wapń dodawano w precyzyjnych dawkach. Fosfor odmierzano według dawnych zapisków, które sam kiedyś spisałem. Nic nie wykiełkowało.
A jednak w nocy laborant twierdził, że widział „coś różowego” w zamkniętym pojemniku. Rano pojemnik był pusty, choć nikt go nie otwierał.
Zapis ten został później usunięty z protokołu.
Nie przeze mnie.
Coraz częściej myślę, że nie dowodzę istnienia tych roślin. Być może one dowodzą istnienia mnie — jako kogoś, kto może je pamiętać.
Bo jeśli coś istnieje tylko w pamięci, a pamięć ulega rozkładowi szybciej niż ciało…
to co właściwie próbuję ocalić?
Post scriptum
Jeżeli ktoś znajdzie ten zeszyt, proszę:
nie szukajcie torfowiska
ono nie jest miejscem
ono jest zgodą Nie jest prawdą, że rośliny te nie potrzebują człowieka. Potrzebują go tak, jak ziemia potrzebuje krwi, której sama wytworzyć nie umie nie potrafi już wydać.
Fragmentum ultimum — verba Custodis Paludis(tabella lignea inventa sub caespite vivo; litterae incisae cultro, non calamo)
Pytają o „stanowisko”, jakby było ono punktem na mapie. A to nie jest punkt. To jest głód. Stary, nieustający, niezaspokojony głód torfowiska, które nigdy nie przestało jeść.
Ja tylko pilnuję, żeby nie było głodne.
Przychodzili zawsze w ten sam sposób: z ciekawości, z nauką w kieszeni, z notatnikiem, z pychą, że można coś nazwać i przez to posiąść.
Nie zatrzymywałem ich.
Bo nic nie trzeba zatrzymywać, co samo postanawia pozostać.
Wystarczy pozwolić im słuchać zapachu.
Mówią, że morfea usypia.
Nie. Ona nie narzuca snu. Ona przypomina, że sen był pierwszy. Ci, którzy kładą się w jej cieniu, nie umierają od razu. Najpierw przestają być całością.
Druga, Leta, nie zabija pamięci. Ona tylko sprawdza, czy jeszcze komuś jest potrzebna. Jeśli nie — bierze ją z powrotem. Jak ktoś, kto oddaje rzeczy właścicielowi, który nigdy ich naprawdę nie oddał, a jedynie pożyczył.
Torf musi być karmiony.
Nie deszczem. Nie czasem.
Tym, co pamięta swoje imię.
Dlatego czasem ktoś musi odejść.
Musi nie chcieć wrócić.
Nie na ofiarę.
Na wymianę.
Ja nie jestem strażnikiem. Ja jestem przyzwyczajeniem tego miejsca.
Zmieniają się wojny, zmieniają się języki, zmieniają się mundury. A torfowisko nadal rośnie.
Jeśli ktoś to czyta i myśli, że można to przerwać: niech spróbuje, ale niech pamięta, że nie wszystko, co żyje, chce być ocalone.
Postscriptum (manu recentiore additum)
Skończyłeś czytać i nadal pamiętasz — choćby strzęp, wyobrażenie zapachu, choćby samo wrażenie, że coś kiedyś istniało pod torfem słów — to znaczy, że jeszcze nie wszystko zostało oddane.
Bo pamięć nie jest niczyją własnością. Ale jeśli coś jeszcze trwa w tobie, cokolwiek z tego, co przeczytane —
to znaczy, że warto to pamiętać, przechować, ocalić.
I wtedy jedyną rzeczą, jaką można zrobić uczciwie, jest pozostawić ślad wdzięczności — nie dla roślin, nie dla bagna, ale dla samego faktu, że coś chce by to zapamiętać https://buycoffee.to/word-whisperer