Moja rzeczywistość

Share
Moja rzeczywistość
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/background">Background Stock photos by Vecteezy</a>

Słyszę, jak mruczy pod nosem. Uśmiecham się. Do siebie. Do niego. Wie, że lubię jak śpiewa. Ale nie śpiewa dla mnie. Śpiewa po prostu. Zawsze coś mu gra. A kiedy to jest to, biegnie do siebie, zakłada słuchawki i zamienia muzykę swojej duszy w muzykę. Uwielbiam tę ciszę gdy pracuje. To szczególny rodzaj ciszy naładowanej muzyką jak ładunkiem elektrycznym.

Codziennie czekam na ten moment, kiedy wstanie z wysiedzianego fotela. Nie namawiam go, żeby zmienił ten fotel na nowy, wygodny, ergonomiczny. Żartuje, że ból w krzyżu zmusza go do szybszej pracy. Pilnuję, żeby kurz nie gromadził się na fotelu, na klawiaturze, na pięknym, turkusowym fenderze. Co wieczór ustawiam jego ulubiony kubek w tym miejscu biurka, w którym jego ręka znajdzie go bez potrzeby angażowania oczu, w bezpiecznej odległości od elektroniki, z uszkiem skierowanym w odpowiednią stronę. Herbata, już nie tak mocna jak kiedyś, słodzona słodzikiem zamiast cukrem. Co wieczór ta sama, tak jak lubi. Kiedyś stawiałam kawałek domowego ciasta, teraz jabłko. Kroję je na ósemki, żeby nie musiał przerywać pracy .

Kładę się spać. Uśmiecham się jeszcze gdy żółte swiatło jedynej w domu nieekologicznej żarówki przesącza się pod drzwiami jego maleńkiego biura razem z delikatnym zapachem earl greya i marihuany. Skończy pracę przed północą i przejdzie się jeszcze, żeby przewietrzyć głowę. Pilnuję, żeby w oknie stała lampka. Zawsze ta sama, z nieekologiczną żarówką. Lubi, gdy pali się w oknie. Mówi, że nocą odchodzi od domu, przez drogę, do lasu. Mówi, że zawsze w pewnym momencie ogarnia go przejmujące uczucie, że jest w stanie Oz. Dopiero wtedy odwraca się, a ta kropeczka żółtego światła pozwala mu znaleźć drogę do domu. I do rzeczywistości.

Położy się, gdy będę spała i prztuli się do mnie, a ja do niego. Nawet przez sen jestem świadoma jego obecności. Daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepło jego ciała i oddechu, rytm jego serca. Nie budzę się, nie muszę. Wtulam się tylko w jego obecność.

Rano budzę się czując jeszcze to ciepło, a na jego poduszce widzę lekkie wgłębienie - chyba? Chciałabym czuć zapach kawy, ale nie. Uśmiecham się. Oczywiście! Przecież nie lubi używać kawiarki, a wie, że nie piję rozpuszczalnej . Wstanę, zrobię kawę. Jeszcze przed śniadaniem wypijemy na ganku. Lubię jego przyzwyczajenia - herbata przy pracy, kawa dla przyjemności. Po jego stronie niskiego stolika stawiam jego ulubioną filiżankę, po mojej stronie - stawiam moją, mniejszą. Podgrzewam mleko. Lubi dużo mleka, ale nie lubi, gdy kawa stygnie zbyt szybko. A ja lubię sprawiać mu takie małe przyjemności. Nie muszę tego robić. Chcę. Chcę, żeby było tak jak lubi. Żeby czuł moją obecność w tych małych gestach. Chcę dawać mu to, co dostaję. Nie trzeba o tym mówić.

Siedzę na ganku przy kawie. Godziny mijają. Mleko stygnie. Nie zrobię śniadania . Kiedy słońce zaczyna zachodzić zwlekam się z fotela. Zrzucam na podłogę zasmarkany koc. Nie chciało mi się wstawać po chusteczki. Zabieram do kuchni twoją nietkniętą kawę i mleko z grubym kożuchem na wierzchu. Przecierając zapuchnięte oczy wyglądam przez okno nad zlewem. Idzie burza. Wlokę się szurając jednym kapciem. Nie wiem, gdzie jest drugi i nie obchodzi mnie to.

W gabinecie poprawiam twój sweter na oparciu fotela. Pochylam się nad nim, ale sweter nie pachnie już tobą. Ogarnia mnie rozpacz - zaczynam tracić ostatnie twoje ślady. Zabieram kubek z herbatą pokrytą grubą, opalizującą warstwą.

Zlew jest pełny brudnych kubków, filizanek . Wszędzie stoją talerze z niedojedzonymi kanapkami, nietkniętymi kawałkami pizzy. Niektóre zaczęły pokrywać się pleśnią. Nie widzę ich wcale. Starannie myję twój kubek. Będziesz go potrzebował, kiedy nocą usiądziesz do pracy.

Zmrok zapadł nagle. Czarne, burzowe chmury zamaskowały zachód słońca. Burza runęła z taką siłą jakby chciała rozedrzeć na strzępy materię paskudnej, nienawistnej rzeczywistości. W świetle błyskawic wycieram twój kubek. Poleruję, aż zacznie lśnić. Stawiam go na jedynym nienagannie czystym kawałku kuchennego blatu, obok czajnika i puszki z herbatą.

Wlokę się przez ciemną kuchnię i korytarz do twojego gabinetu. Lampa w oknie musi się palić. Jeśli masz wrócić do domu. Musi. Staję w oknie. Burza. Albo nie. Wszystko jedno. Przesuwam włącznik lampki stojącej w oknie. Zarówka żarzy się nieśmiało. Światełko drży jak płomień świecy. Przygasa, gaśnie, rozświetla się. A okno przez ułamek sekundy odbija moją twarz, potem widzę to, co na zewnatrz w świetle blyskawic. Ten dziwaczny kalejdoskop działa na mnie hipnotycznie, rozprasza moje myśli jak wirujacy podmuch wywiewa je z mojej głowy. Pozostaje pustka, która teraz jest dla mnie największym szczęściem. Trwaj. Trwaj.

Wielka błyskawica wspina się w górę. W górę! Od ziemi, w stronę chmur wiszących jak odwrócone, poszarpane górskie szczyty, na moich oczach rośnie ogromne drzewo białego, oślepiajacego światła. Dzieląc się na konary, coraz cieńsze gałęzie, wpada w chmury i nad nimi dalej pełznie jakby miała otoczyć cały świat. Dopiero teraz zaczynam się bać.

Przerażenie odpycha mnie od okna. Potykam się i osuwając się na podłogę pod ścianą, chwytam twój sweter z oparcia fotela. Nie myślę - wciskam się między ścianę a twoje biurko i zakrywam się swetrem. Wtedy uderzenie pioruna dosłownie rozrywa powietrze i wpycha okno do środka. Lampka rozbija się. Wybuchając z hukiem, żarówka zasypuje pokój gradem wielkich iskier odbijajacych się w milionie maleńkich okruchów szkła wirujacych powoli w gęstym jak olej powietrzu.

To nie jest tu. To nie jest moja rzeczywistość. W mojej rzeczywistości powietrze nie jest gęste, czas nie przystaje, kiedy mu wygodnie. W mojej rzeczywistości jesteś. Ty jesteś, a nie dziura po tobie! Chcę się zerwać z podłogi, zedrzeć gardło wyrzucając z siebie ból. Wystawię twarz na tego potwora, który wdarł się tu nieproszony. Niech rozerwie mnie na strzępy. Niech zabierze mnie stąd, bo ja nie chcę tu być. Ale twój sweter trzyma mnie. Trzyma mnie mocno. I wiem, że to prawda. Że nic mi się nie wydaje. Przyciskasz mnie mocno do siebie. Słyszę, jak mówisz do mnie spokojnym głosem, chociaż ryk nawałnicy zagłusza słowa. Boję się. A potem już nie.

Budzę się na podłodze zasypanej okruchami okna i zalanej promieniami wschodzącego słońca. Przytulam twój sweter do twarzy. Znowu pachnie tobą. Świat za oknem wygląda na młody, świeży, odnowiony, wypłukany ze wszystkiego co ciężkie.

Udźwignę to. To jest moja rzeczywistość.

Read more