Czarne takie...
Stoję we własnym domu, na mojej własnej podłodze, na której leży mój własny, osobisty autentyczny fałszywy perski dywan, przed drzwiami, które nie są moje. Ogarnia mnie nieprzyjemny dysonans poznawczy. Rozglądam się więc z naiwną nadzieją, że zobaczę coś, co potwierdzi, że znajduję się nie tam gdzie sądzę, że się znajduję. Albo, lepiej, że tych drzwi nie ma tu, gdzie jestem ja.
Niestety! Wciąż jestem gdzie jestem. A przede mną drzwi. I w tej chwili każda komórka mojego ciała, niezależnie, wrzeszczy "wiej!" "Uciekaj!" " w nogi!". Ale ja nieee! Ależ skądże! To jest mój dom, moja podłoga, mój dach. Zabierać mnie stąd te drzwi, ale już!
No i co? Pomogło? Taaa. Jaaaasne. A potem dogoniło i jeszcze raz pomogło.
Stoję na przeciw drzwi, które nie mają żadnego sensu. Po drugiej ich stronie są dwa metry zaniedbanego trawnika (darwinizm użytkowy w najczystszej postaci) i płot od strony sąsiada - idioty. No to kto by w takim miejscu robił drzwi! I to jeszcze na dodatek metr nad podłogą. A poza tym, jak one wyglądają, te drzwi! Czarne i lśniące jak z czarnego szkła albo raczej kamienia, bo są rzeźbione. Te rzeźby (no, te takie płaskie rzeźby) przedstawiające nie wiadomo co, poruszają się jak gniazdo węży. Ale tylko wtedy, gdy odwracam od nich głowę i przez ułamek sekundy widzę je kątem oka, na peryferiach pola widzenia.
Rano tych drzwi nie było. Ale teraz są. Nie odwrócę się do nich tyłem. Za nic. Nigdy. Więc wycofuję się powoli.
Jeszcze jeden kroczek. Powolutku. Jak pierdutnę tyłkiem na glebę to zanim się pozbieram coś może wyleźć, w końcu to drzwi, i ... zaraz, zaraz..właśnie, to przecież są drzwi. A drzwi, z definicji, służą do otwierania. To znaczy, nie dokładnie do otwierania, tylko się otwierają...znaczy, się je otwiera...no żeż cholera, wiecie o co chodzi.
No i to nie jest przyjemna myśl. Coś przywlokło sobie swoje drzwi, zainstalowało rzeczone drzwi w moim , cholera jasna, domu, i co? I teraz sobie będzie tak w te i we wte? Jak u siebie? I że niby co? Może sobie tu będzie imprezki urządzać, a potem syf zostawi i tylko drzwiami trzaśnie?! Ooooo! Niedoczekanie!
- E! Ty tam! Ty się gościu nie rozkręcaj! Zabieraj te drzwi bo ja się demontażem zajmę! Dobra, bez przesady. W to, to akurat nikt nie uwierzy.
Ooooooo, nieeee! A jak ono sobie tutaj wysypisko śmieci urządzi? A wiadomo jakie u tamtych śmieci są? O nie! Ja sobie tutaj nie pozwolę pozaświatowych śmieci na łeb zrzucać! Zapomnij, koleś! Jakieś te ichnie butelki mi tu wyrzuci i potem mi tego w biedrze nie przyjmą, i co?
Oooooo! A jak toto choróbsko jakieś przywlecze?! O, nie! O, nie! Jak ja będę z antenkami na głowie wyglądać?! Ja sobie wypraszam!
Wdrażam działania prewencyjne i wlokę z kuchni stół i krzesła, a potem jeszcze dostawiam fotele. Nawet tamten sraczkowaty, z którego sterczą sprężyny. A mówili, żeby wyrzucić. I co? Nie przydał się? No?!
No, dobra. Na teraz tyle. Po schodach też wchodzę tyłem nie spuszczając z oczu drzwi. Na półpiętrze odwracam się i przeskakując po dwa schodki wpadam na piętro. Do najbliższej sypialni ,"gościowej", i barykaduję drzwi krzesłem. Siedzę chwilę na podłodze. Dobra. Niech tam. Mogę spać w gościowym. Przesuwam pod drzwi jeszcze stolik. Z braku opcji podejmuję arbitralną decyzję, że tu jest bezpiecznie i kładę się spać tak jak stoję. Zasypiam nawet nie wiem kiedy.
Zwlekam się rano w wymiętym ubraniu i ze starym, nieprzeżutym trampkiem w ustach. Przez chwilę nie wiem gdzie jestem. Przypominam sobie i robi mi się niedobrze. Drzwi. Słońce wlewa się przez okno. Wszystko wygląda normalnie więc cichutko otwieram drzwi do gościowego i czołgam się wolniutko. Wyglądam między barierkami. Nie ma...nie ma? Nie ma! Drzwi nie ma!
Zbiegam i dokładnie sprawdzam ścianę - nie ma śladu. Kurza noga, były, czy nie było? Aj, trzeba było sfotografować! Dokładnie sprawdzam ścianę, centymetr po centymetrze. Nic, kompletnie nic! To znaczy, jest kawałek muchy rozgniecionej papciem, ślad po świderku w sosie bolognese, artystyczny rozbryzg primitivo gran reserva (czy coś tam), oraz, a to ciekawe, jakby odcisk...buta? Nie bardzo... chyba, że część buta? Tego to ja nie pamiętam... O! Tamto, na przykład, to jest tort czekoladowy. Chyba? ... no, nie ważne. Nie ma drzwi! No, to wymazujemy, zapominamy i idziemy do pracy. Ale jeszcze przed wyjściem fotografuję ścianę dokładnie. Ślad po śladzie.
W robocie z kumplem identyfikujemy ślady na mojej ścianie.
- Bezdyskusyjnie mucha. To nie świderki były tylko te takie rurki. Czerwone wytrawne. A to? Taaaa, tort! A żyj sobie złudzeniami! A to co? Jakby kawałek buta... trampka może? Czekaj, obróć, obróć jeszcze raz...przybliż trochę...ty widzisz, to co ja?
- Nooo, a co ty widzisz?
- Przejrzyj się, no! Co robi ślad gigantycznego kopyta na twojej ścianie i to w dodatku pod sufitem?!
-Ej! Wy tam! Chodźcie zobaczyć! W socjalnym wstawili nowe drzwi donikąd... normalnie na tej ścianie co po drugiej stronie powietrze jest... i dziwaczne jak nie wiem .. czarne takie...