Duże nic
Grupowe rodzinne zdjęcia. Kto to przeżył, ten zuch. U nas, proszę was, tradycja. Na Święta wszyscy obowiązkowo obecni. I, obowiązkowo, bez dyskusji i wykrętów, wszyscy do zdjęcia. Żebyście dobrze zrozumieli. Cała rodzina do zdjęcia. Bo jak kogoś brakuje na zdjęciu, to babunia w swoim kajeciku odhacza, że nie ma, brak , a jedyne usprawiedliwienie niebycia na dorocznym zdjęciu jest mianowicie, że się nie żyje. A tego , mówię wam, nie chcielibyście. O, nie. Bo jak babunia odhaczy to się już odkręcić nie da. I klops.
A w tym roku na rodzinne świętowanie stawiły się 173 osoby. W wieku od 3 miesięcy do... kobiety o wiek się nie pyta, a, że babunia świetnie się trzyma, to kto by tam liczył. I trzeba było wszystkich z kątów powyciągać, otrzepać, przygładzić trochę, i w miejscu utrzymać w miarę bez ruchu, bo na rozmazane babunia nigdy się nie zgodzi. Z resztą, zmuszać nikogo nie trzeba, bo nikt nie chce zostać odhaczony w babuniowym kajeciku.
Jeszcze w sumie nie tak dawno trzeba było kilka a nawet kilkanaście zdjęć zrobić żeby całą rodzinę zmieścić. Teraz wystarczy jedno, w formacie A3, dla babuni wydrukować. A w Nowy Rok babunia z dziaduniem na stole rozkładają wszystkie zdjęcia rodzinne. Jedno tylko na rok, świąteczne, a taczkami trzy razy z komórki trzeba było obrócić. Oglądają, i sprawdzają, kto jest, kogo nie ma, kto nowy. A babunia skrzętnie w kajeciku notuje. Dzieciaki się tłoczą na około, a babunia i dziadunio opowiadają i opowiadają. A jest o czym! Nasza rodzina do przeciętnych nie należy. No, i w tym roku tak samo miało być.
Zdjęcie od fotografa na rynku przynieśliśmy (tam nas znają i nie zadają głupich pytań.) Babunia, uzbrojona w okulary i lupę , z kajecikiem na podorędziu, zabrała się do roboty. Wszyscy cichutko. Czekamy, czy babunia zauważy coś, jakiekolwiek jakieś coś, co skwasi nastrój. No, i zgrzrzrzyt - paznokieć babuni zjechał ze zdjęcia na stół. -A ten tu, to kto?- Babunia pokazała nam na zdjęciu miejsce, ewidentnie puste, między Ciotką Bernardettą a , o zgrozo, mną. Szwagier, dureń, zarechotał złośliwie. Chciał coś powiedzieć, niewątpliwie durnowatego, ale babunia popatrzyła na niego tak, że dzieciarnię w sekundę wymiotło z kuchni. Dały nogę że strachu żeby ich nie trafił jakiś zabłąkany piorun ciskany przez babuniowe błękitne oczy.
A ja myślę, myślę, myślę i nic. To znaczy nie, że nic sobie nie przypominam, tylko właśnie przypominam sobie NIC. Pod przewodnictwem babuni zaczęliśmy przesłuchania wszystkich obecnych i przytomnych w czasie świątecznego spędu. Nikt się nie wykręcał. Niektórzy, głównie ci, którzy nie raczyli się potajemnie ponadprzydziałowym kieliszeczkiem (lub więcej niż jednym, to Ci co nie boją się żyć na krawędzi!) ajerkoniaku babuni, całkiem dobrze przypominali sobie.... nic. Właśnie nic.
Proszę bardzo, przykład podam . Ciotka Bernardetta pamięta wyraźnie jak siedziała przy stole i prowadziła fascynująca konwersację z jakimś osobnikiem po swojej lewej. Siedząca o jedno krzesło dalej cioteczna siostra matki kuzyna Franciszka, Macarena, pamięta tę rozmowę bardzo dokładnie. Otóż, między nią a Bernardettą siedział ... nic. A tematem ożywionej rozmowy , w której to rozmowie , nota bene, brał istotny udział szwagier, dureń, było... Właśnie, to była bardzo ciekawa konwersacja , ponieważ siedzący między statecznymi damami ... eeem.... nic ....opowiadał fascynujące historie o buduarowych sesjach fotograficznych , bogato ilustrując owe mocno pikantne opowiastki licznymi przykładami w kolorze sepii, które wyciągał w niewiarygodnych ilościach z rozlicznych kieszeni.
Niejaka Andżelina, najwyraźniej czyjaś niezupełnie udana była narzeczona, przypominała sobie bardzo wyraźnie, że tańczyła foxtrota z takim... Tym... no...i nic. Zapytaliśmy co to foxtrot. Andżelina po krótkim zastanowieniu powiedziała, że to taki pasztecik. Ło matko!
Następnie, dwie blondynki, kuzynki w trzeciej linii wujaszka Floriana, upierały się, że stojąc przed ogromnym lustrem w korytarzu, z wypiekami na buziach słuchały jak... nic.... opowiadał o rozmaitych modnych koafiurach, jakie widział w roku przeszłym na balu noworocznym u Franciszka Józefa we Wiedniu. Babunia złapała się za głowę i spytała blondynki czy nic im w tej historii nie zgrzyta. Oczywiście, macie rację, w historii całkowicie nic, ale w lustrze to i owszem , bo właśnie w lustrze było ... jakby to określić, nic. To ja jeszcze od siebie pytam, co to koafiury są. Blondynki zrobiły w moim kierunku " pffff" i tyle. Czyli nic.
Biuściasta ciotka trzeciej żony stuletniego prawie stryjecznego brata naszego dziadunia, ze swoim mężem, wątlutkim, cichutkim człowieczkiem z łysiną wypolerowaną na kształt kryształowego lustra (to pamiętam , Herkules to chucherko ma na imię) , dokładnie pamiętali, że był taki ... taki ... nic, który wyjaśniał im w szczegółach sposób w jaki należy otworzyć klatkę piersiową ofiary zgodnie z przepisem Majów, żeby udało się wyjąć bijące jeszcze serce.
Wujaszek kuzyna teściowej syna ciotki Aubertyny, niejaki Kocio, zarzekał się, że z takim jednym równym gościem, jak mu tam było...? ...Nic? W kąciku za choinką obrobili butelkę stolicznej zagryzając świeżymi ogóreczkami. Coś mi to przypominało, ale nie było czasu się zastanawiać.
I tak do niczego żeśmy nie doszli. W sumie, jak mieliśmy nic, to mamy nic.
W końcu zdesperowany szwagier , może i dureń ale miewa przebłyski geniuszu, pokazał dzieciakom zdjęcie, wskazał puste miejsce i zapytał od niechcenia , czy wiedzą kto to . A dzieciaki popatrzyły na zdjęcie i, jeden przez drugiego, zaczęły opowiadać, że, przecież oczywiście, że jak możemy nie pamiętać, że to przecież babunia zaprosiła na świąteczny obiad nowego sąsiada z tego domu , co nie ma okien od południa , a na początku grudnia pozostałe okna zaklejono czarną folią. Taki bardzo wysoki i cienki i blady i owinięty czarną peleryną jakby mu ciągle było zimno.
Babunia postanowiła zapisać w kajeciku ... nic. I wszyscy mamy nadzieję, że kiedyś się to nic jakoś samo wyjaśni, może.
No i co tu można dodać? Jak na razie, duże nic.