Jak pech, to pech
No, to, tak... no, flaszkę znaleźliśmy.
No, pewno, że dziwne, bo pełna była.
I nalepkę miała jakimiś takimi robaczkami opisaną. To szwagier przez gugiela te robaczki przepuścił, potem jeszcze raz (dla słabszych), no i w efekcie skrzynkę takiego czegoś kupiliśmy w Wesołej Krówce na rogu.
I się od razu problem pojawił. Butla zamknięta. Od góry. Znaczy, wiadomo, że od góry, ale takim jakimś czymś twardym zatkana jak kamień. I ciemna taka nienormalnie. Szkło. Prawie na pewno szkło. Nie zielone, ani brązowe. Raczej czarne , albo ciemno czerwone. Bardzo ciemno czerwone. Ciężka . Nawet bardzo. Ale raczej nie gruba. Znaczy, szkło nie grube. Widać, słabo, ale widać, że coś tam chlupie w środku. Nie jak coś takie, no...., jak wódka. Albo woda. No, takie, wiecie... Raczej jak syrop wiśniowy.
Tak. A jak dłużej trząchać, to się coś w środku zaczyna obijać o ścianki. A na dodatek, Szwagier mówi, że coś w tej butli piszczy. Doszliśmy jednak do wniosku, żeby nie mówić nikomu, że szwagier głosy słyszy w butelce. Bo jak się coś w tym domu głośno powie, to prędzej czy później zawsze do babuni dotrze. Ja to podejrzewam, że Antoś donosi. No, Antoś, nasz pająk. Próbuje się podlizać babuni po tym jak nam w noc Wigilijną przekablował gdzie babunia chowa zaskórniaki. I tak nam się to na nic nie przydało. Chociaż Antoś prawdę powiedział i słój babuni znaleźliśmy, to w środku nie było prawdziwych pieniędzy tylko takie jakby czekoladowe w pazłotku. Zanim doszliśmy jak się do nich dobrać, babunia nakryła nas w piwnicy. To jej powiedzieliśmy, że my nie dzieciaki i może sobie te czekoladowe schować. Tak się śmiała, że nawet nie dostaliśmy ścierką po głowie. Opowiedzieliśmy potem dziaduniowi to się ze śmiechu stoczył z fotela. Jak już go docuciliśmy to nam mówi, że to świnki były co to je babunia trzyma na czarną godzinę. Staruszek musiał się gwizdnąć w głowę bardziej niż nam się zdawało, bo to nie były żadne zwierzęta. A już najmniej świnie.
No, dobra, o czym to my...? A, już wiem. No, więc jak się babunia dowie że ktoś jest chory, to natychmiast zabiera się za leczenie. Zamyka nieszczęśnika w izolatce i wtedy już po nim. Tak więc żeśmy grupowo we dwóch ustalili, że głosów nie słychać i zabraliśmy się za otwieranie. Próbowaliśmy i tak i tak ale jakoś nie szło. W końcu wynieśliśmy na podwórze i próbowaliśmy szyjkę odrąbać toporkiem babuni. Tylko kury wystraszyliśmy. Jak zobaczyły toporek to tak dały w długą, że nie połapaliśmy do niedzieli. I cała rodzina wściekła. Bo u nas w niedzielę zawsze rosół.
Pół dnia pracowaliśmy nad tą flaszką i nic. Zaczęliśmy ją oglądać dokładnie, z lupą. Znaleźliśmy całe rzędy poprzekreślanych kresek i kółek, a na denku było napisane "nie pocierać". Nie pocierać! A szwagier dureń, co zrobił? No, oczywiście. Zaczął trzeć butlę jakby chciał ogień rozpalić. Jak dupnęło! Jak dym poszedł! Jak babunia złapała za miotłę! Jak przygrzmociła szwagrowi przez łeb! Ale sprzątać to już musieliśmy we dwóch. Jak to "co"? No, więc, tak: to nie była zwykła butelka. To znaczy , butelka była zwykła, tylko prababcia prababci praprababci naszej babuni zamknęła w środku takiego jednego łobuza. No, te kółka i kreski na butelce to trzeba je zaznaczać, bo to są jedynki i zera. Żeby wiedzieć na czym się stoi, taki łobuz, albowiem, jak narozrabia i się go zamknie w butelce, to on przez pierwsze tysiąc lat odsiadki próbuje się targować, że wszystkie życzenia spełni jak go ktoś wypuści. A przez następne tysiąc wścieka się i grozi, że zdemoluje wszystko w zasięgu wzroku. A potem przez tysiąc lat znowu się przymila. I tak w kółko.
Oj, babunia zła. Na dodatek do wszystkiego, całą piwnicę musieliśmy wysprzątać. Trzy tygodnie z życiorysu! No, ale nie ma tego złego. Co myśmy tam znaleźli!
No, chcieliśmy, jasne, ale ten Dżin tym razem babunia w starej blaszanej kance zamknęła bo mu jeszcze dwieście siedem lat zostało.
I takie pytania jeszcze mam: po pierwsze primo A: dlaczego nie można by tego łobuza zwyczajnie do ciupy wsadzić? Po drugie primo B: co ja mam teraz z tą piżą fasą zapojką gorzką jak diabeł, zrobić, co? Cała skrzynka, cała skrzynka na zmarnowanie...
Ech, jak pech, to pech...