Jakoś wcześnie w tym roku

Jakoś wcześnie w tym roku
<a

No, to pomyśleliśmy, że czas się przestać cackać i teraz staliśmy  jak idioci w otwartych drzwiach . I tak staliśmy i czekaliśmy aż znajomi się pozbierają z podłogi. Ze śmiechu. No, muszę przyznać, że nasze wyposażenie,  nazwijmy to  taktyczno-zaczepne, w pełni zasługiwało na rechot. A nasze bojowe umundurowanie, ooo, to zdecydowanie zasługiwało na spazmy i czkawkę. Przeanalizujmy wspólnie. Ja w woderach taty i z durszlakiem na głowie, w jednej ręce pogrzebacz w drugiej metalowa szufelka. Mało? No, to patrzcie na mężusia: owinięty pierzyną, obwiązany kilkoma paskami różnej proweniencji, a dla ochrony mózgoczaszki wiadro cynowe,  bo czachę ma słusznych rozmiarów,  chociaż łysą. A dla wzmocnienia efektu, łopata do odśnieżania i korkociąg.  Fakt, przyznaję,  też nie wiem,  po co mu był ten korkociąg. W sumie, można powiedzieć,  zrozpaczeni w akcie ostatecznej desperacji. No i zachciało się znajomym w gości  przychodzić akurat kiedy my w decydującym momencie ofensywy. I gdaczą w progu ze śmiechu . W zasadzie to i kwaczą i gęgają. Głupole. Ale trzeba im to przyznać - głupole chętne do pomocy. No, prawdziwi przyjaciele po prostu.

Krzycho, jak usłyszał  o co chodzi,  włączył tryb kreatywny, pogonił resztę do roboty i po jakiejś godzince do uzbrojenia doszła wielka proca do obsługi w trzy osoby (a jak!), kilka sztuk bolo, piekielnie ciężkich bo zrobionych z mężusiowych ketlebeli (czy jakośtam), jeden łuk ze starej bambusowej szczupakówki (kompletnie bez sensu,  ale Krzycho się uparł). Pułapki potykowe (?) ze strun do basu solidnie przytwierdzonych do  namiotowych szpilek (mężuś niczego nie wyrzuca), trochę przedziwnych wihajstrów oraz dziarska grupa przyjaciół,  którzy nie chcieli przegapić takiej akcji. Tym razem pasywnych gapiów nie akceptowaliśmy. Tylko chętnych do aktywnego współudziału. Wszyscy zobowiązani zostali do stawienia się z własnym wyposażeniem. W efekcie wyglądaliśmy jak eksponaty z muzeum nieskutecznego uzbrojenia przepuszczone przez sen szalonego wynalazcy. Mężuś z Krzychem dokonali przeglądu oddziału. Nieliczni sensownie przygotowani zostali ustawieni w pierwszej linii ataku i, kurde, poważnie się zrobiło. W panice przejrzeliśmy aprowizację. Oooops! Okazała się adekwatna do reszty. Czyli,  mieliśmy piwo, i piwo, i jeszcze trochę piwa. No. Właśnie. Za późno na zakupy. Słońce zachodzi. Wróg wypełznie w chwili gdy zgaśnie ostatni promyczek słońca. Nie ma odwrotu.

Zgodnie z przewidywaniami, wróg zaatakował o zmroku z niewiarygodną siłą. Nie mieliśmy planu B. W sumie, to planu A też nie mieliśmy. Ale za to, jeśli chodzi plan odwrotu , no to też jednak nie. Zanim zostaliśmy zmiażdżeni udało nam się wleźć na dach garażu. Jedliśmy piwo i rzucaliśmy,  mniej lub bardziej celnie,  w atakującego wroga, pustymi butelkami. Obie strony konfliktu w zasadzie w impasie do czasu aż ktoś z nas, omyłkowo  - zaznaczam, rzucił w stronę wroga  prawie pełną butelką. Eureka!

O świcie podliczyliśmy straty. Po naszej stronie: ogród zryty do niemożliwości, stare czereśnie wyrzucone z niewiarygodną siłą wylądowały korzeniami do góry, rowy głębokie na trzy metry, z których oddziały wroga wylazły o zmroku i usiłowały (nieskutecznie ) schować się  o świcie. Ale, pomimo destrukcji jakiej dokonały oddziały wroga, odtrąbiliśmy zwycięstwo. Wszystkie jednostki wroga leżały pokotem pijaniutkie w trzy dupy. Pardon le mot. Za tydzień jedziemy do Józka powtórzyć ofensywę. U niego też krety wylazły wcześniej w tym roku.