kto by się spodziewał?
Był u nas kiedyś zegar. Na ścianie wisiał. Zaraz obok drzwi. Nigdzie indziej miejsca nie było, a ten zegar nie dość, że był wielki i brzydki, to pożytek z niego był zerowy. Nikt go nie umiał zmusić do pokazywania jakiejś godziny normalnej. Kiedyś pradziadunio się wściekł bo cudak wybijał dwunastą przez trzy doby bez przerwy. W efekcie, wziął go pod pachę i wlókł po mieście od jednego zegarmistrza do drugiego. A każdy specjalista z bożej łaski chrząkał,kiwał głową, robił miny, trzymał ohydę na stanie tydzień lub dwa. A potem, mówiąc ledwo dosłyszalnym szeptem, wymieniał sumę, od której resztki włosów stawały dęba na szlachetnie ukształtowanej głowie pradziadunia. I każdy żądał gotówki; oświadczał, że sprzedaje lokal producentowi trumien lub firmie asenizacyjnej, po czym, bredząc coś o "transcendencji" i "łez padole" oddalał się w kierunku półncno-wschodnim. Najbliżej znajdujący się w tym kierunku klasztor pochwalić się może niespotykanym nigdzie indziej, wrytym na głównej bramie wielkim napisem "zegarmistrze won!"
W końcu odwiedziło nas trzech smutnych panów z cechu zegarmistrzów żądając zobowiązania na piśmie, że w naszym województwie tego czegoś do zegarmistrzów nosić nie będziemy i w popłochu uciekli, rzucając na zegar ukradkowe spojrzenia. Jeden wychodząc splunął przez lewe ramię, drugi przeżegnał się, a trzeci potknął się, już za progiem, i zaliczył złamanie obu nóg. Otwarte. Z przemieszczeniem. Na równym.
A ten zegar.... nooo... chodzić, chodził. To znaczy cykał i co jakiś cas bombił, ale wskazówki były cztery i każda chodziła w inną stronę. No i teraz mi tu mądrale różne będą dowodzić, że na tarczy zegara są tylko dwie strony. Normalnie zapewne tak. Na tamtym były cztery. I jak się na niego patrzyło, to wszystko było jasne jak słońce. No, jasne! Cztery wskazówki i cztery strony. No, oczywiście! A jak człowiek odwracał głowę, to za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, o co w tych czterech stronach chodzi. Dwanaście godzin tak jakby miał zaznaczone na tarczy, tyle, że cyfry nie w tych miejscach co trzeba i , na dodatek,ciągle przesuwały się na inne miejsca. Mówię "przesuwały" ale równie dobrze mogły poruszać się ruchem konika szachowego albo schematem wiedeńskiego walca. Nie wiadomo. Bo jak człowiek na nie patrzył to stały bez ruchu.Nie na swoim miejscu, ale jak namalowane. Można przywyknąć. Albo zwariować. My zdecydowaliśmy się przywyknąć. Poza tym, ohydny był. Z drewna chyba. Jakieś takie poczwary miał wyrzeźbione. Dobrze nie było widać, bo był jakby nadgniły tu i ówdzie, miejscami porośnięty glutami jakimiś. W naszym domu wszyscy wiedzieli:na to się nie patrzy, o tym się nie mówi, tego się nie dotyka. Broń boże się nie czyści. pod spodem stawia się wiaderko. Jak się wiaderko napełni rzeczonym glutem, wiaderko z zawartością wyrzuca się nocą, a a miejscu wyrzuconego stawia się nowe. A jak dzieciaki pradziadunia pytały, skąd się ten zegar u nas wziął, to pradziadunio za każdym razem inną bajkę opowiadał.
Aż któregoś wieczora, że czas był wiaderko wynieść, idę do drzwi, patrzę:
-Co do cholery? A zegar gdzie?
Rodzina się zbiegła. Wszyscy patrzą, nikt nie widzi. Znaczy, nie ma. Wiaderko, owszem, jest. I to pełne nawet. A zegara ne ma.
Następnego dnia rano pradziadunio się nie obudził. No, ale żeby tak nagle? Wprawdzie dwieście czterdzieści osiem lat miał prawie. Ale żeby tak nagle? Kto by się spodziewał...