Miau!

Miau!
a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/cat">Cat Stock photos by Vecteezy</a>

Centralnie na środku mojej pracowni stał koń. K-O-Ń. Takie duże, śmierdzące bydlę na czterech łapach, czy tam kopytach, czy co on tam ma.

No, po prostu,  koń.

Idę sobie wolniutko z kuchni z wielkim niebieskim kubasem pełnym słodkiej kawy z mlekiem. Szczegóły podaję, bo nigdy nie wiadomo, co jest ważne, nie? Więc idę. To już drugi raz jak idę.  Za pierwszym razem, jakieś piętnaście minut wcześniej, też szłam z kawą, tylko kubas był różowy w kwiatuszki. Cholera, szkoda... to był ostatni w kwiatuszki.

No idę z tym różowym w kwiatuszki, i nagle się potykam o tamte skarpetki, których szukałam w zeszłym tygodniu. Jeśli uważacie,  że nie można się potknąć o skarpetki, to weźcie pod uwagę taki drobiazg, że zostały wypchane wszystkimi moimi sztućcami zaginionymi na przestrzeni ostatnich kilku tygodni. I kto mi je podrzucił prosto pod nogi? No kto, ja się pytam?!

Więc tym razem idę wolniutko, żeby się nie potknąć o coś,  o czym zapomniałam,  a co ewidentnie zostało mi podprowadzone, żeby mi to podrzucić w najgorszym możliwym momencie. Rozumiecie.

Wolniutko, patrzę pod nogi , kubas w obu rękach. Wchodzę do pracowni i ... no, gwoli ścisłości,  moja wiedza na temat koni jest całkowicie encyklopedyczna. Więc aplikuję moją encyklopedyczną wiedzę.  Proszę bardzo,  mogę zacytować. " Koń,  jaki jest, każdy widzi: z przodu gryzie,  z tyłu kopie,  w środku trzęsie." Że nie ma takiej encyklopedii? Ludzie, czy wy jesteście po maturze? Tak, no może nie całkiem tak to szło, ale w tej formie perfekcyjnie oddaje stan mojej wiedzy.

No więc,  aplikuję moją encyklopedyczną wiedzę do tego,  co stoi na środku pracowni. Czyli gapię się z otwartą buzią, kawa ciurka na moje różowe, chińskie paputki, a rzeczony egzemplarz, na potwierdzenie swojego istnienia, podnosi ogon i dobitnie podkreśla swoją niewątpliwą obecność. Pac! Pac! Pac!

Odstawiam kawę na stolik przy drzwiach.  Brzdęeeeeeek! Podskoczyłam na metr! Co, do cholery?!  No, tak! Stolika nie ma, a na jego miejscu leży stary kamień nagrobny. Cholera, to był ostatni kubas, czwarty w tym tygodniu. Pochylam się...Aż mnie zatkało. Nie, no! To już przekracza wszelkie granice! Nagrobek, nie uwierzycie, Rabbi Loewa, zamiast na židovským hřbitove, leży na moim dywanie ozdobiony okruchami niebieskiego kubasa.

Wściekłość normalnie odebrała mi mowę.  Klapnęłam na podłogę dokładnie tyłkiem na szczotkę do włosów,  której nie mogłam znaleźć dzisiaj rano w łazience. Już mi się  nawet wrzeszczeć nie chce.

W międzyczasie koń zniknął ale namacalny, jeszcze parujący,  dowód jego istnienia, śmierdział sobie w najlepsze na środku dywanu.

-  Dobra, - mówię.  - Rozejm. Dawać mi tu tego mądralę.

Chichy, śmichy, ciche głosiki  i pstryk! Okazało się,  że całe towarzystwo siedziało przez cały czas pod biurkiem zataczając się ze śmiechu. Wypchnęli naprzód tego swojego nowego szefuńcia. Skórkowany kurdupel z bezczelnym uśmiechem na pryszczatej gębie. "A to gówniarz jeden!" Myślę sobie.

-  Gotowa panna na kapitulację? -  mówi ten gnojek z bezczelnym wyrazem twarzy.

- Nigdy! Ale spełnię jeden wasz postulat. Proszę bardzo, przedyskutujcie i wybierzcie.

- Ale rozumie Panna, że my możemy tak bez końca?

No, tu mnie poniosło! Wytoczyłam najcięższą artylerię. -Ach, tak? To ja jutro adoptuję kota!

No! I co teraz?! Hę?!

Naradzają się,  ale widać, że pryszczaty przegrywa. W końcu Starszy strzelił pryszczatego z liścia w ucho i kopem posłał go z powrotem w moją stronę.

- No więc, - pryszczaty pierwszy raz spuścił z tonu,- w soboty po butelce piwa kraftowego na głowę i cała niedziela wolna.

Ale ja wiedziałam już , że wygrałam.

- W soboty po puszce najtańszego z hipermarketu i w niedzielę po szesnastej wracacie do roboty!

Zgodzili się.  Oczywiście,  że się zgodzili. Skrzaty domowe boją się kotów.  Miau!