No, to pa!
No, to się wszystko zaczęło jak kupiliśmy kalendarz na 2025. To znaczy, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. A jak już wiedzieliśmy, że to było wtedy , no, to już było za późno. Tak. Kupiliśmy kalendarz jak zawsze. Wszystko jedno gdzie, wszystko jedno jaki. Żeby tylko był cienki i długi. Do zawieszenia, każdy miesiąc oddzielnie, z miejscem na notatki przy każdym dniu. Taki.
Żeż, szlag by to trafił. No , kto przegląda kalendarz strona po stronie ? Kalendarz, kurka wodna , to kalendarz a nie encyklopedia. Rok i do przemiału. No to , co za różnica co on tam w środku ma? Co roku w zasadzie to samo. Tylko trochę inaczej. Żeż, w maskę jeża, wiecie o co chodzi. No, więc, kupiliśmy kalendarz. Patrzymy "pasi?" "Pasi." To bierzemy i do domu. Obrazki jakieś durnowate miał, ale kogo to obchodzi? W kącie wisi, zapisuje się w środku wizyty u dentysty, sprawy urzędowe do załatwienia, wizyty teściowej. Takie tam. No, to co to za różnica? Machliśmy go do szuflady, i niech czeka.
Najpierw Święta. No, święta jak święta. Sylwester potem. Chyba fajnie było, nie pamiętam. No i pierwszego stycznia ściągliśmy stary kalendarz z gwoździa, powiesiliśmy nowy, zerwaliśmy okładkę. No i dobra. Sylwestra trzeba było odespać. Następnego dnia ślubna szarpie mnie bladym świtem, dziesiąta chyba była dopiero co. Wlecze mnie do tego kalendarza, paluchem w niego puka. Patrzę, patrzę. W końcu pytam "co?"
" Jaki dzień dzisiaj " ona pyta. No to mówię, że środa. A ona mnie ścierką przez łeb, że czwartek. I , że chodzi jaki miesiąc i który dzień miesiąca. No to siadam przy stole i mówię, że styczeń i że drugi. No to ona mnie znowu do kalendarza wlecze i puka. No, to czytam . Dzień, i owszem, czwartek, a miesiąc : " przewsztynek". Mówię ślubnej, że ktoś nas w jajo robi. Pewnie szwagier, idiota, nie wytrzeźwiał jeszcze i żartów mu się zachciało. Albo może gdzie te kalendarze robią wszystko pochrzanili. Trzeba śmiecia zanieść tam, gdzie go kupiliśmy i nasze ciężko zarobione trzynaście siedemdziesiąt odebrać. A stara mnie znowu ścierką przez łeb i każe dalej patrzeć. No to patrzę. I widzę, że ten kalendarz cały taki sam durnowaty. Dwadzieścia siedem miesięcy, pierwszy miesiąc, "przewsztynek ".
To się jakiś pajac wysilił, myślę sobie. Patrzę, a ten przewsztynek ma trzydzieści cztery i pół dnia. Pewnie coraz głupszą gębę mam, bo znowu dostaję ścierką i ślubna mnie do telewizora ciągnie. Wiadomości. Paluchem w ekran stuka. Czytam w rogu: "czwartek, 2 przewsztynek 2025 roku." Szwagier, tak sobie myślę, dureń, ale żeby telewizję popsuł, w to nie wierzę.
- Kryśka- mówię, - zrób no głośniej telewizję. Może coś powiedzą. No i powiedzieli. Że synoptycy przewidują, że wrzdynek będzie najcieplejszy od dziesięciu lat, a bociany powinny w roku już w zakrzaczynku przylecieć. A Kryśka w ryk. Że po co nam było ten kalendarz kupywać. Dzwonię do szwagra, że sprawa jest. A ten od razu z drugiej klatki w papciach przybiegł i w gaciach jeszcze. Tylko uszankę na łeb nacisnął, bo łysy. I flaszkę z lodówki złapał. Zuch. Mówię mu, że tak i tak, kalendarz pokazuję. Szwagier mi od razu pół szklanki nalał, kazał wypić i pyta, w którym miesiącu myśmy Krychą ślub brali. No to mówię, że w maju. To on dalej, kiedy urodziny moje. No to ja, że w listopadzie. Nalał mi jeszcze pół szklanki i mówi: -Ty, szwagier, się w zapierdzinku urodziłeś, a ślub mieliście w kolichruście. Popatrzył na nas, flaszkę zostawił niedopitą, a w drzwiach jeszcze się odwrócił i powiedział, żebyśmy z Krychą do lekarza poszli bo to musi mgła kowidowa być. Dureń. I teraz nie możemy odżałować żeśmy ten kalendarz kupili. Bo jak już był ten nowy, to stary się wygruziło, a może jeszcze dało by się jakoś dojść co i jak.
Wczoraj teściowa zadzwoniła , że na początku zakutańca na dwa tygodnie do nas przyjedzie. Więc jutro wyjeżdżamy z Krychą na Islandię na roczny kurs strzyżenia owiec. No, to pa!