Przemówiła ciemność...
Przemówiła ciemność. I choć przyszłość jest zawsze terra incognita, wmawiamy sobie, że zbieramy wiedzę i doświadczenie i lata i możemy mieć kontrolę na stratą, nad bólem. A zawsze będą bitwy przegrane, straty tak bolesne, że wydaje się, że to już ostatni raz, że jeszcze jedna taka i serce pęknie. A jednak wciąż żyjemy. I serce wciąż bije, jak zdrajca, nie daje spokoju.
I przemówiła ciemność. I odpycham światło, a moje myśli wypełnia usilne poszukiwanie winy, jakby to jej świadomość mogła dać ukojenie. I walczę, a przecież spokój nadejdzie ze zrozumieniem, a nie z uporczywym poszukiwaniem kontroli. I nie ma spokoju. Gdzieś cichutki głosik prosi "pozwól mi odejść".
Przemówiła ciemność. I chwytam te niteczki cieniutkie co jak jedwabne strumyczki prześlizgują się przez palce. Nie tym razem, nie tym razem! A przecież zawsze będą bitwy, które przegramy zanim jeszcze staniemy do walki, bo nie ma w nas mocy , żeby walczyć z losem. Nie ma w człowieku mocy, żeby przeciwstawić się przypadkowi. Nie ma takiej siły. Być może to, co jest zwykłą koleją rzeczy dla większości, dla niektórych może być zasłoną, gęstym woalem, zza którego wyglądają kryjące się, nienazwane siły po które nie umiemy sięgnąć.
I przemówiła ciemność. Kolejny raz dodaje do mojej historii rozdział, którego nie chcę czytać. Wierzysz we wszystko, we wszystko. I usilnie nasłuchujesz , ze wszystkich sił, z nadzieją, że dojdzie do ciebie ten cichutki głosik z miejsca pomiędzy ciemnością a światłem, życiem a śmiercią, możliwością i bezsilnością. Wiem, że wciąż tam jesteś. Jeśli możesz, wróć do mnie. Jeśli nie, oddaj mi swoje cierpienie. Przemówiła ciemność...