Przynajmniej nie pada

Przynajmniej nie pada

No, od początku to było tak. Wstaję rano.. no i co od razu jakieś hihy. No była jedenasta, no i co ? Jak człowiek wstaje to jest rano, chyba,  nie? No i papuciów szukam. No, są.  Ale patrzę, że oba lewe. Najpierw myślę,  że to ślubnej bo ta stópkę ma, luuudzie! Kajaki normalnie. No, ale,  kajaki czy nie, ślubnej różowiutkie takie , z pomponem. Przyglądam się. Jak nic moje. Takie, no wiecie,  na dotarcie. Z wywietrznikiem. No to stopy swoje oglądam. No, brudne trochę, ogólnie błeeee, ale bez wątpienia moje. Jedna lewa a druga prawa. Normalnie. A papucie- nie. No, myślę sobie,  albo to z percepcją u mnie nie teges,  albo .... dobra,  sprawdzę, co u szwagra. 

Papcie w ręku,  bosakiem bo do szwagra nie daleko. U szwagra drzwi otwarte. Szwagier siedzi na kanapie i trzyma w ręku flaszkę.  No, myślę sobie,  normalnie jest. A tu szwagier pokazuje flaszkę,  patrzę i nie rozumiem co widzę.  Flaszka ma dwa denka.  Z dwóch stron.  Z jednej denko, na dole i z drugiej denko, na górze . Słabo.  Pytam gdzie Benia, no, żona szwagra.  Nic nie mówi tylko głową kiwa w stronę drzwi.  No to się podnoszę,  rękę do klamki wyciągam,  a ten wrzeszczy : Nieeee!

E tam.  Otwieram.  Pokój jak pokój. Ale Beni nie ma.  Szwagier zza moich pleców zagląda i szczęka mu opadła: Ale, ale,  ale...- dopiero jak drugi raz dostał laczkiem przez łeb to oprzytomniał. No, i nawija taką bajkę,  że Benia rano powiedziała,  że wraca do korzeni, czy do czegoś tam innego i zanim szwagier przeprocesował co mu ślubna oznajmiła,  kobita jak ją stwórca stworzył,  golusieńka, weszła do tamtego tam pokoju. Jeden krok zrobiła i .... znikła.

-Jak 'znikła" ? - pytam.

-Tak - szwagier pstryknął palcami.  A tu, w środku  - mówi,  - las.  Tyle że drzewa nie rosną z dołu do góry,  a z każdej strony w każdą stronę - blady się zrobił,  osunął się po ścianie i zwalił się na podłogę. Żal mi się chłopa zrobiło. Dureń,  bo dureń,  ale przecież szwagier. Podaję mu flaszkę.

- Łyknij.  Dobrze Ci zrobi. Patrzy na mnie jakoś dziwnie. A, faktycznie. Dwa denka. Siedzimy tak sobie na podłodze. Drzwi na korytarz wciąż otwarte. Sąsiad z góry,  spocony,  rozczochrany,  z szaleństwem w oczach po raz nie wiem już który zbiega schodami w dół.  A kiedy jego kroki milkną na dole, sąsiad pojawia się znowu na górze.  I znowu zbiega. I znowu.

-Ciekawy gość- mówię.

- No - szwagier na to. - Uparty.

Kiedy sąsiad wreszcie nie pojawił się na górze doszliśmy do wniosku,  że na nas czas. Obaj w pidżamach i lewych papciach (prawych butów u szwagra nie było) zeszliśmy bez problemu na parter i potem na chodnik. Sporo ludzi szło. W lewych papciach. No,  widać przyjdzie przywyknąć. Poszliśmy w kierunku Łaciatej Krówki z nadzieją na coś z dwoma kapslami. Zamiast dwóch denek... eee... denków? Ale szybko się okazało że drogi prowadzą gdzie mają ochotę a nie gdzie my byśmy chcieli.

Usiedliśmy ze szwagrem na skwerku. Siedziała tam już spora grupka ludzi.  Kilka osób kiwnęło w naszą stronę. Odkiwnęliśmy.  Szwagier wyciągnął papierosy. Sąsiedzi popatrzyli na paczkę z nadzieją. Szwagier wyciągnął jednego. Westchnął przejmująco.  - Sam filtr...eeeee.... filter?

Smętnie się zrobiło. Trzeba przeczekać. Przynajmniej nie pada.