Rodzynki zostały...
Nie było wiatru. Nie było. A jednak coś poruszało gałęziami tego jednego drzewa.
- To tutaj.- Podeszliśmy ostrożnie do drzewa.
-Światło poproszę.- Ktoś zapalił lampę naftową. Ktoś inny odkaszlnął sugestywnie. Ktoś inny zapytał niepewnym głosem:
- Co teraz?
Nikt nie wiedział, więc postanowiliśmy usiąść i poczekać.
-Podobno mieli dzisiaj przyjść. - Powiedział ktoś zmęczonym głosem.
- Hej?! A mógłby to sprawdzić ktoś?!
Zamieszanie się zrobiło. Nie było wiadomo, kto niesie te wszystkie tomiszcza, potem, jak już było wiadomo kogo szukać, nie można go było znaleźć i zrobiło się coraz ciemniej i coraz zimniej. Jak już było wiadomo, gdzie się zapodział, to było za późno bo księżyc już wzeszedł i , gdy w końcu znaleźliśmy właściwy tom, runy rozmazały się w srebrzystym świetle i wiadomo było tylko, że musimy czekać.
-Czy to na pewno to drzewo? Na pewno?
Nie mieliśmy chwilowo nic innego do roboty, więc spora grupka zebrała się wokół pnia. W chwiejnym świetle naftowych lamp ręce dotykały pnia , sęków. Palce skubały i rozcierały korę i liście, słychać było wąchanie, cmoktanie, ciamkanie.
- Zdecydowanie tak. To tutaj.– Powiedział ktoś odważny, a kilka głosów natychmiast potwierdziło:
- Tak, tak, to niewątpliwie to drzewo. Dąb, tak, z pewnością to Dąb.
- Chyba, że to nie jest dąb?
-Nie, to jest dąb.
-Ktoś może wie, jak poznać?
- Znowu to samo... Jak nie wiesz, to po co się odzywasz?
-Ja nie wiem? Ja niby nie wiem?
- Cisza! Idą....
Cofnęliśmy się wszyscy w ciemność pod drzewem. Drzewo było wielkie, ale liście miało marne i mimo, że to midsommar, listowie nie było tak bujne jak powinno. Stłoczyliśmy się , żeby światło księżyca nie padło na nikogo. Jak odbija się od kombinezonu , to nas widać. No, a jak nie, to nie.
Nadchodzili pojedynczym szeregiem od strony łąk. Wyglądali jak trzeba. Wszyscy na biało. W sumie to nawet nikt już nie wiedział dlaczego na biało. Zawsze tak było. I tyle. Szli powoli i ostrożnie stawiali stopy. Byli boso. Staliśmy bez ruchu. Podeszli do drzewa. Wiedzieli co i jak. Nie podnosząc głów, podchodzili pojedynczo i stawiali co tam kto miał, pod drzewem. Odchodzili, ostrożnie stawiając stopy. Odchodzili tyłem, z szacunkiem, żeby nie odwrócić się do nas plecami, ale oczy cały czas mieli utkwione w ziemię. Uda się. Bez problemu. Ostatni postawił swoje naczynie pod drzewem, ukłonili się w naszą stronę, jak trzeba, i odeszli tak jak przyszli: szeregiem, w milczeniu.
Gdy zniknęli za wzgórzem poruszyliśmy się ostrożnie. Zaczęliśmy zaglądać do garnków.
- Błeeeee... znowu mleko. Nie lubię mleka...
-Miód tutaj!
-Tutaj jakaś breja.
-Pokaż. Ale ohyda!
-Ja wiem ! To owsianka jest...
-Spróbuj .
-Sam se próbuj.
- Ohyda czy nie, musimy zabrać.
- On niech zabiera. Znalazł, niech niesie.
- O! A tutaj jest te, jak mu tam?
-To ciasto jest! Tylko, co to te czarne takie? Wcześniej nie było. Ktoś wie?
- Nie wiem. Wydłub lepiej. Nie wiadomo co, to nie będziemy brać.
- Ktoś pomoże?
- No, dobra. Idziemy. Kończy nam się mieszanka, butle prawie puste, a tym powietrzem już prawie nie da się oddychać.
-Gośka! Byłaś pod dębem sprawdzić? - Byłam. Poduszkowiec wzięłam, ten mały. Żeby hałasu nie narobić. Dobrze jest. Sidhe zabrały wszystko. Nawet owsiankę! A mówiłeś, że nie wezmą! Trzeba będzie w przyszłym roku więcej dać. Będą dobre żniwa. Tylko... No, dziwne trochę... ale chyba ciasto nie smakowało , bo rodzynki zostały.