Rodzynki zostały...

Rodzynki zostały...
<a href="https://www.vecteezy.com/free-photos/ai-generated">Ai Generated Stock photos by Vecteezy</a>

Nie było wiatru. Nie było. A jednak coś poruszało gałęziami tego jednego drzewa.

- To tutaj.- Podeszliśmy ostrożnie do drzewa.

-Światło poproszę.- Ktoś zapalił lampę naftową. Ktoś inny odkaszlnął sugestywnie. Ktoś inny zapytał niepewnym głosem:

- Co teraz?

Nikt nie wiedział,  więc postanowiliśmy usiąść i poczekać.

-Podobno mieli dzisiaj przyjść.  - Powiedział ktoś zmęczonym głosem.

- Hej?! A mógłby to sprawdzić ktoś?!

Zamieszanie się zrobiło. Nie było wiadomo, kto niesie te wszystkie tomiszcza,  potem, jak już było wiadomo kogo szukać,  nie można go było znaleźć i zrobiło się coraz ciemniej i coraz zimniej. Jak już było wiadomo,  gdzie się zapodział,  to było  za późno bo księżyc już wzeszedł i , gdy w końcu znaleźliśmy właściwy tom, runy rozmazały się w srebrzystym świetle i wiadomo było tylko, że musimy czekać.

-Czy to na pewno to drzewo? Na pewno?

Nie mieliśmy chwilowo nic innego do roboty,  więc spora grupka zebrała się wokół pnia. W chwiejnym świetle naftowych lamp ręce dotykały pnia , sęków. Palce skubały i rozcierały korę i liście, słychać było wąchanie,  cmoktanie, ciamkanie.

- Zdecydowanie tak. To tutaj.– Powiedział ktoś odważny,  a kilka głosów natychmiast potwierdziło:

- Tak, tak, to niewątpliwie to drzewo.  Dąb,  tak, z pewnością to Dąb. 

- Chyba,  że to nie jest dąb?

-Nie, to jest dąb.

-Ktoś może wie, jak poznać?

- Znowu to samo... Jak nie wiesz, to po co się odzywasz? 

-Ja nie wiem? Ja niby nie wiem?

- Cisza! Idą....

Cofnęliśmy się wszyscy w ciemność pod drzewem. Drzewo było wielkie,  ale liście miało marne i mimo, że to midsommar,  listowie nie było tak bujne jak powinno. Stłoczyliśmy się , żeby światło księżyca nie padło na nikogo.  Jak odbija się od kombinezonu , to nas widać. No, a jak nie, to nie.

Nadchodzili pojedynczym szeregiem od strony łąk. Wyglądali jak trzeba. Wszyscy na biało. W sumie to nawet nikt już nie wiedział dlaczego na biało. Zawsze tak było. I tyle. Szli powoli i ostrożnie stawiali stopy. Byli boso. Staliśmy bez ruchu. Podeszli do drzewa. Wiedzieli co i jak. Nie podnosząc głów, podchodzili pojedynczo i stawiali co tam kto miał, pod drzewem. Odchodzili, ostrożnie stawiając stopy. Odchodzili tyłem,  z szacunkiem,  żeby nie odwrócić się do nas plecami,  ale oczy cały czas mieli utkwione w ziemię. Uda się. Bez problemu. Ostatni postawił swoje naczynie pod drzewem, ukłonili się w naszą stronę, jak trzeba, i odeszli tak jak przyszli: szeregiem, w milczeniu.

Gdy zniknęli za wzgórzem poruszyliśmy się ostrożnie. Zaczęliśmy zaglądać do garnków.

-  Błeeeee... znowu mleko. Nie lubię mleka...

-Miód tutaj!

-Tutaj jakaś breja.

-Pokaż. Ale ohyda!

-Ja wiem ! To owsianka jest...

-Spróbuj .

-Sam se próbuj.

- Ohyda czy nie, musimy zabrać.

- On niech zabiera. Znalazł, niech niesie.

- O! A tutaj jest te, jak mu tam?

-To ciasto jest! Tylko, co to te czarne takie? Wcześniej nie było. Ktoś wie?

- Nie wiem. Wydłub lepiej. Nie wiadomo co, to nie będziemy brać.

- Ktoś pomoże?

- No, dobra.  Idziemy. Kończy nam się mieszanka, butle prawie puste, a tym powietrzem już prawie nie da się oddychać.

-Gośka! Byłaś pod dębem sprawdzić? - Byłam. Poduszkowiec wzięłam, ten mały. Żeby hałasu nie narobić. Dobrze jest. Sidhe zabrały wszystko. Nawet owsiankę! A mówiłeś, że nie wezmą! Trzeba będzie w przyszłym roku więcej dać. Będą dobre żniwa. Tylko... No, dziwne trochę... ale chyba ciasto nie smakowało , bo rodzynki zostały.