Uciekaj!
Była sobie kiedyś wieś. Kiedyś , oczywiście, było dużo wsi. Tak jak zresztą i teraz. Tamta wieś nie była może jakaś szczególna, a już z pewnością nie wyróżniała się niczym w szeregu podobnych wsi i osad ciągnących się wzdłuż traktu prowadzącego skądś daleko, daleko , gdzie na północy widać było stalowoszare góry, wzdłuż rzeki tak szerokiej, że czasem jej drugi brzeg ginął za horyzontem, dokądś daleko, daleko na południu, gdzie wielka rzeka rozlewała się tworząc miliony wysepek, powolutku, niezauważalnie stając się oceanem.
Wieś nie wyróżniała się niczym. Nie było w niej karczmy ani sklepu. Nie mieszkał w niej mędrzec ani uzdrowicielka. Nie było tu kuźni ani burdelu. Nic, zupełnie nic , co mogło być celem czyjejś podróży czy choćby na chwilę zatrzymać tu wędrowca. To też nikt się tu nie zatrzymywał. Podróżni przejeżdżali przez wieś i większość nie zauważała nawet tej chwilowej zmiany krajobrazu. I tu sięgamy istoty rzeczy. Otóż, wieś faktycznie, dla jednych była, a dla innych jej , hmmm... no cóż, nie było.
Rozprzestrzeniały się pogłoski, że na trzynastym kilometrze , dokładnie po środku między mostem a promem, tam gdzie odchodzi ta droga na zachód, ta , co ją zamknęli jak się ziemia osunęła, a ludzie nie wiedzieli i ciągle jechali i potem musieli zawracać, bo tam nie ma gdzie odjechać, ani w jedną ani w drugą stronę, bo z jednej strony bagna, a z drugiej puszcza. Ci, co zawracali opowiadali potem, że tam, gdzie rozstaje, to tylko drzewo ogromne takie na wpół stało, a druga jego połowa przez piorun odłupana dawno bardzo. A jak wracali, to wieś tam była. Nawet pytać chcieli, czy to ta sama droga, ale nie było kogo. Chociaż domy nie zrujnowane, płoty zwyczajne, na tym i tamtym dachu bocianie gniazdo. W tej zagrodzie ule, w tamtej kaczy staw ogrodzony plecionym chruśniakiem, z niektórego komina to i dym widać było. Tylko życia żadnego. Nigdzie. Ani bocianów, ani kur, ani burków walczących o kość, ani kotów obojętnie wygrzewających się w słońcu. Żadnych dzieciaków taplających się w kałuży koło studni, ani dziadków drzemiących na ławeczkach przed chałupami. Nie było pszczół nad ulem ani motyli nad kwiatami w ogródkach. Tylko nieruchome powietrze i cisza. Niemożliwa cisza. Tak jakby cała ta wieś była przykryta ogromnym słojem. A w powietrzu wirowały czarne płatki sadzy jak brudny śnieg. I wszędzie czuć było taki smród paskudny, nie do pomylenia: smród śmierci i rozkładu. Tak opowiadali, ci, którzy przejechali przez nie-byłą wieś. I ludzie wierzyli, no, bo wielu takich było, co mogli zaświadczyć.
Krążyły również opowieści o podróżnych, którzy gdzieś między mostem a promem rozpłynęli się w powietrzu. W te opowieści akurat nikt nie wierzył, no, bo nie było nikogo kto by mógł zaświadczyć...zaraz,zaraz...hmmm...
Hmmm, tak czy inaczej, świat się zmieniał, bo taki jest los świata. Ludzie zmieniali się razem ze światem. Rzeki zmieniały koryta, drogi podążyły za rzekami, a ludzie, jak to ludzie...wolą drogą niż bezdrożem, wolą zapomnieć niż pamiętać...
- Hej, widziałeś?
- Nie. Przecież prowadzę. A co?
- Wieś jakaś tam była, kilka domów takich...
- Tam nie ma żadnej wsi.
- No właśnie, wiem przecież...
- Może to coś nowego. Wiesz jak teraz budują. Pstryk i gotowe.
- No właśnie nie. Takie stare wiejskie, drewniane, czarne jakby... spalone może?
- A! Tamto! Ale to nie tutaj jest. To tam dalej jeszcze. Wypadek kiedyś był i dom się spalił.
- To nie to. A tamtego domu już nie ma.
- No tak , rozebrali ze dwa lata temu. Zdawało ci się, może?
- Może...
Nie-była wieś. Nie zatrzymuj się nigdy w nie-byłej wsi. Nie pozwól, żeby ciekawość wzięła górę nad przerażeniem, które cichutko skrada się za tobą i dotyka twoich pleców zimnymi paluchami. Uciekaj! Uciekaj!