Wrócić do piekła
Na krzywej ścianie pokrytej spękaną olejną w kolorze szpinakowej sraczki wyraźnie widać było ślady po rozgniecionych muchach. Trupy tych much zaściełały brudną podłogę pod ścianami . Kot , cały czarny poza rudą grzywką, z obrzydzeniem przewracał muchy łapą. Gdyby ktoś go teraz obserwował, mógłby odnieść, skądinąd słuszne, wrażenie, że kocur czegoś szuka. Kocur z rudą grzywką skończył przeszukiwać zwały much pod północną ścianą, obrzucił obojętnym spojrzeniem resztę pomieszczenia i usiadł przed olbrzymim, zamglonym lustrem w rzeźbionej hebanowej ramie, opartym w zaprzeczający prawom fizyki sposób, na trójnogim stołku.
-Dobra, otwieraj.
-O, nie. Obiecałeś..- bura kotka po drugiej stronie lustra patrzyła na coś co leżało przed nią na biurku.
- Tutaj go nie ma, - zmęczonym głosem powiedział Ruda Grzywka. - Otwórz, proszę. Nienawidzę tu być.
- Już, już. To nie całkiem naukowe metody....
-Chcesz powiedzieć, że może się nie udać, - nie spytał. Stwierdził.
- Nie, nie. Dam radę. - Kotka zniknęła w lewym rogu lustra, coś zgrzytnęło i powierzchnia lustra przypominała teraz falującą łagodnie kałużę rtęci.
Ruda Grzywka przejechał łapką po pyszczku w zadziwiająco nie-kocim geście. Z lustra dobiegła muzyka organowa towarzysząca chórowi bez wątpienia pijanych głosów, usiłujących w miarę składnie odśpiewać Auld Lang Syne.
- To może potrwać!
- Właśnie słyszę.
Ruda Grzywka wydobył skądś paczkę Chesterfieldów bez filtra, włożył jednego do pyszczka i koniec papierosa od razu rozjarzył się na czerwono. Kocur z wyraźną przyjemnością wydmuchał wielką chmurę dymu. Skończył papierosa i jeszcze zdążył odpalić od niego grubego gitana wyciągniętego z niebieskiego, wymiętolonego kartonika, który wziął się nie wiadomo skąd. Rzucił niedopałek pierwszego papierosa w kupkę suchych liści szałwii, bez wątpienia celowo usypaną pod brudnym oknem. Niedopałek gitana wylądował chwilę później w drugiej kupce szałwii, jakby od niechcenia i przypadkiem usypanej w otwartych drzwiach. Ruda Grzywka wykonał przedziwnie skomplikowany ruch ogonem, chmura aromatycznego dymu zaczęła się zagęszczać, skręcać w sznury i grube liny omiatające podłogę i ściany.
Z największej kupy zdechłych much pod południową ścianą podniósł się niewyraźny cień. Skierował się najpierw do okna potem do drzwi, lecz oplecione gęsto dymnymi sznurami stały się nie do przejścia, a spowite dymem lustro, nie wiadomo kiedy, przyjęło postać upaćkanego okna. Cień rzucił się w jego stronę, jawnie już szukając drogi ucieczki. Dym posłusznie rozstąpił się, Grzywka zręcznie wepchnął cień w lustro i wskoczył za nim, w ostatnim momencie podcinając ogonem trójnogi stołek zrzucił tym samym lustro, które z wyciem tysiąca potępionych dusz rozprysło się zamykając drogę ucieczki.
Na podłodze z piaskowej terakoty leżał zwinięty w paroksyzmie bólu ohydny, parchaty człowieczek w łachmanach. Dwa wielkie czarne kocury poderwały go do góry, a siedzący wokoło koci tłum zasyczał wściekle niemal unisono.
- Który to? -spytała łagodnym głosem nieduża pręgowana kotka ze złamanym ogonem.
- Niejaki Maciaszczyk, - Grzywka splunął parchatemu pod nogi. Parchaty rozejrzał się z wyraźną pogardą.
-Zbrodnie?- Spytała kotka.
- Trzy ślepe kocięta utopione w toalecie, szczeniak ciągnięty na łańcuchu za samochodem, ciężarna kotka postrzelona z wiatrówki, dwa stare psy zakopane żywcem w ogrodzie,- Grzywka zawahał się. - Jeszcze? - Pokazał zebranym listę długości , no, sporego doga niemieckiego, od końca nosa do końca ogona. Koci tłum na widowni zamilkł. Parchaty skrzywił się, charknął i zaczął się szarpać wyrzucając z siebie wodospad ohydnych wywisk. Siedząca w pierwszym rzędzie kotka przycisnęła do siebie dwa malutkie kociaki, a jeden z czarnych kocurów, od niechcenia podsunął parchatemu pod nos łapę, jakiej nie powstydziłby się grizzly i z trzaskiem wysunął pazury. Z parchatego uszło powietrze.
Kotka ze złamanym ogonem spojrzała na zebranych, potem na Grzywkę.
- To wystarczy. Maksymalny wymiar. - Kotka zwróciła się do parchatego. - Będziesz umierał śmiercią swoich ofiar. Wciąż i wciąż. Aż do końca czasu.
Parchaty przez chwilę miał głupią minę, wydawało się, że myśli. Chytre oczka omiatały pomieszczenie w poszukiwaniu drogi ucieczki. Widać było, jak powoli dociera do niego. Pogarda ulotniła się, a zrozumienie wykrzywiło jego paskudną gębę.
-Nie, nie, nie! Nie możecie! Nie macie prawa! Ja chcę do piekła! Pozwólcie mi wrócić do piekła! Błagam! Błagam, pozwólcie mi wrócić do piekła! Siedząca w ostatnim rzędzie Śmierć westchnęła, a jej towarzysz szturchnął ją łokciem.
-Co?
-Ludzie...
-Nie wszyscy, panie Lucku, – powiedziała łagodnym głosem kotka ze złamanym ogonem, a Lucyfer ukłonił jej się, z szacunkiem zdejmując kapelusz.