Z rodziną na zdjęciu (Arcyksiążę idiota i cysterna lizolu)

Share
Z rodziną na zdjęciu (Arcyksiążę idiota i cysterna lizolu)
Ilustracja według koncepcji autorki, stworzona z pomocą AI.

Dziadunio zachorował.

To znaczy, nie tak na serio. Symulował, oczywiście. A to dla tego, że zachciało mu się pojechać na wakacje. No i gdyby nie oświadczył tego na cały głos, może udałoby mu się cichcem wymknąć na godzinkę lub dwie. Jakby to dobrze rozegrał to , kto wie, może nawet udałoby mu się zebrać grono co odważniejszych członków naszej rodziny, którzy zgodziliby się mu pomóc. I zagadywaliby Babunię wystarczajaco długo, żeby Dziadunio zdążył dojechać autobusem podmiejskim na końcowy. A w najbardziej optymistycznej wersji, nawet wrócić do domu, zanim Babunia, stąpając pomiędzy skulonymi po kątach spiskowcami, drobnym kroczkiem, podskakując od czasu do czasu, dotrze do garażu, piwnicy, bokówki, warsztatu czy gdzie tam dziadunio zostałby tego (potencjalnie pięknego) dnia wysłany.

Ale nie! Dziadunio oznajmił donośnym głosem, że wybiera się na wakacje. Że bycie dziaduniem jest wyczerpujące, że nie był na wakacjach odkąd zamówiono u niego fotoportret jakiegoś Arcyksięcia, w czasach gdy prowadzili z Babunią w Sarajewie "Atelier Fotgraficzne Portrety Familijne i inne." Idiota Arcyksiążę dał się ustrzelić, a dziadunio miał wolne popołudnie. ( Wprawdzie stan Arcyksięcia po postrzeleniu, a przed złożeniem do rodzinnej krypty, był dokładnie tym, co kryło się pod " i inne " w nazwie "Atelier Fotograficzne Portrety Familijne i inne", ale Dziadunio nie dał sobie odebrać tych wolnych czterech godzin. Babunia do dzisiaj wypomina mu ten straszliwy przejaw lenistwa).

Następnie (stojąc zdecydowanie zbyt blisko kuchni, gdzie Babunia lepiła pierogi z czreśniami) perrorował z zapałem, że łamane są jego święte prawa do odpoczynku, i że, jak tak dalej pójdzie, to on się zajmie swoim bhp. Odciągnęliśmy wprawdzie Dziadunia na bezpieczną odległość od kuchni ( co w naszym domu oznacza "co najmniej sto metrów "), jednak nie udało nam się napoić go kawą z łagodnym środkiem nasennym. Gdy spuściliśmy go na chwilę z oczu w poszukiwanju jakiegoś środka przymusu (lejka), za naszymi plecami skontaktował się ze Związkiem Zawodowym Dziaduniów. Zabarykadował się w komórce pod schodami i, za radą działaczy związkowych, napisał do Babuni pismo, w którym udowadniał, że notorycznie naruszane jest jego prawo do urlopu. Pismo, szczęśliwie dla nas wszystkich, nie zostało wysłane, ponieważ Dziadunio odkrył, że działacze owi nie dość, że żaden nie jest dziaduniem, to, co gorsza, żaden nie ma jeszcze swojej babuni!

Wygramolił się więc spod schodów zniechęcony, smętny i pokryty pajęczynami. Postanowiliśmy pomóc. Ale gdy przedstawiliśmy Dziaduniowi nasze pomysły (z których najbardziej sensowny radził, żeby Dziadunio dał się zarazić trądem co gwarantuje miejsce na egzotycznej wyspie z dala od cywilizacji) Dziadunio popatrzył na nas jakbyśmy to my byli trędowaci i oświadczył, że zamierza ratować swoje "młode przecież jeszcze życie" i wybiera symulowanie wypalenia zawodowego.

Dziadunio, mocno z siebie zadowolony, zaległ przed telewizorem ratując swoje zszargane nerwy lodami o smaku caffee latte, a Babunia poleciła zostawić bumelanta w spokoju, dodając z dobrotliwym usmiechem, że za tydzień czy dwa, wszystko się samo rozwiąże.

Faktycznie. Po tygodniu leżenia przed telewizorem z nieodłącznym pudłem lodów, drugi tydzień dziadunio spędził w toalecie, trzymając jednocześnie na podorędziu wiaderko cynowe. Po tym tygodniu, wiaderko wyrzuciliśmy. Toalety nie dało się wyrzucić, gdyż wiązałoby się to z naruszeniem integralności domu jako budynku ponieważ Dziadunio wybrał toaletę na parterze. W związku z tym, Babunia wynajęła specjalistów z firmy asenizacyjnej. Na doprowadzenie toalety do stanu sprzed dziaduniowego koncertowego występu na dwa końce, firma poświęciła kolejny tydzień, cysternę lizolu i dwóch pracowników. Ale dziadunia już wtedy z nami nie było.

Co?! Jaki pogrzeb?! A kto to powiedział? Ja?!! A wy słuchacie co ja mówię, czy wy nie słuchacie co ja mówię! Co? No, że dziadunio to symulant i kawał oszusta.

Ale, to rzekłszy, tdzeba przyznać, że bez najmniejszej wątpliwości nie symulował w czasie koncertowania w toalecie. I wysiłek jaki włożył...aaalbo raczej, wy-łożył, mógłby powalić mamuta. Wiem , co mówię. Ten, którego trzymamy w kurniku w ogrodzie, w wyniku łazienkowych występów dziadunia musiał być hospitalizowany. Ale spoko, doktor mówi, że to tylko nerwy.

Zaraz...gdzie to ja...acha!

Po chorobie Dziadunio musiał się wzmocnić. Najpierw próbował się wzmocnić w Alpach. No, to mu było za mokro. Więc się przeniósł na Rivierę. Tam mu było za sucho. W Glasgow dostał niestrawności, w Dublinie miał kaca, w Pradze nie mógł zasnąć, a w Paryżu ciągle chodził głodny. Zasypywał nas pocztówkami z tych wszystkich miejsc i na każdej na końcu dopisywał, że nie ma to jak w domu. W końcu Babunia postanowiła, że już wystarczy. Postawiła na stole w kuchni świeży chlebuś, twaróg i wielki słój wiśni w syropie. I wtedy Dziadunio pojawił się znienacka w okolicach komórki pod schodami i powlókł się do kuchni siąkając nosem. Babunia podsunęła mu talerz z wielką pajdą chleba, a potem chichotali pół nocy jakby nic się nie stało.

No bo , w sumie, faktycznie. Nic.

Tylko kuzynce Pucinelli, (tej, która wyszła za trzeciego Earla Rockingham, a później za hrabiego Montevittorio, potem jej mężem został Comte Amaury de La Rochefoucauld-Montclar de Villedieu, następnie Don Baltasar Fernando de Alcántara y Mendoza de Villaseñor, markiz de Santa Eulalia de los Olivares, a obecny jej małżonek, Maksymilian Jerzy hrabia Łęczyński-Zawadzki herbu Pobóg ma się wciąż nadzwyczaj dobrze) zapodział się gdzieś klaser ze znaczkami niestemplowanymi "Zwierzęta sawanny". A siódma, najmlodsza córka Emilii i Emila, Septima, przez jakiś czas miała wrażenie, że ktoś gwizdnął jej część kolekcji starych pocztówek przedstawiających europejskie miasta.

Zaraz, zaraz...ale...?czy to możliwe...?eee...nie. Zdecydowanie nie.

A ty, drogi czytelniku, postaw wirtualną kawę swojej ulubionej autorce.

https://buycoffee.to/word-whisperer

Read more