Z rodziną na zdjęciu (dyndające imponderabilia)

Share
Z rodziną na zdjęciu (dyndające imponderabilia)
Ilustracja według koncepcji autorki, stworzona z pomocą AI.

Noooo , zachciało się na wakacje. Jakby na dupie nie można było w domu siedzieć?! I co jest nie tak z grylem u szwagra,  ja się pytam? No, co?! Kto powiedział,  że to trzeba od razu w cudzym domu mieszkać? W swoim to gdzie gacie wieczorem zostawisz , tam rano będą leżały. I dobrze. A tak to nie wiadomo po co wszystko się z domu wywozi, a potem jak wracać trzeba, to się zawsze połowę zapomi....

No , ale tego to się nikt nie mógł spodziewać.  No, szlag by to, mówiłem babie, po cholerę się włóczyć,  kiedy można w domu siedzieć?

Naoglądaly się nasze piękne panie takich różnych, co to się poświecie szwendają i już się nie dało... A, że w telewizorze o takich wypożyczalniach domów w kółko gadają, to i nasze tez taką stronę w internecie znalazły: dooming.dead. Że dają łóżko bez śniadania , chyba? Albo śniadanie bez łóżka? To nam się nie spodobało od razu. Żeby tak z marszu się przyznawać, że bez czegoś, ale ten dooming znaleźliśmy,  a tam, calutkie domy do wynajęcia. Musieliśmy ze szwagrem przyznać, że, no, kurza twarz, no taki dom, cały, no i tanio jakoś? A kto ich tam wie? Pewnie tak ma być. No, wstyd nie skorzystać. Tośmy się szybko zdecydowali.... żeż, cholera jasna,  za piękne to było,  za piękne.

Po sześć walizek. Dacie wiarę? Jakby się,  cholera,  na ziemie odzyskane wybierały . I w krzyk, że im warburg nie pasuje! Widzieliście kiedyś lepszą brykę? To szwagier,  idiota,  że on widział. No i tak pojechaliśmy mercem sznurkiem powiązanym.  Jak te dwanaście walizek  żeśmy rozparcelowali do bagażnika, na dach i do tyłu, to na asfalcie iskry za nami szły jak za ruskim sputnikiem. A już w lesie blaszak się rozkaraczył w pierwszym piaszczystym dołku. I od tego się  zaczęło.

Jak już panie lekkich obyczajów przestały w powietrzu latać,  sprawdziliśmy na kserówkach, że to blisko ma być.  Lasem dwa kilometry niecałe. Klucz pod wycieraczką. Okiej. Bierzemy każdy po walizce . Po resztę wrócimy jutro. No, i z buta. Dwa kilometry, taka ich mać! Chyba z pięć godzin żeśmy szli . Nogi w dupę wlazły, głodni jak cholera. Ciemno,  żadnych gwiazd. A szwagier,  idiota,  w sandałach. Nawet nie pytajcie.

Ale jak żeśmy z lasu wreszcie wyszli... to wszyscy ooooooo. A cholera jasna,  jeszcze można było zawrócić,  ale kto by to...

Wyszliśmy z lasu,  a tu jezioro, woda jak lustro,  tylko czarne. Chmury się  rozwiały, księżyc się odbija. No, żeż, kuźwa, pięknie, no. Szwagier mnie łokciem szturcha. Dom. Jak dom. Klucz  - jest, ale jaki. Wielki,  czarny , ciężki. My z nim do drzwi,  a drzwi  skrzyyyyyyyyp, same się otwierają. Szwagier,  idiota,  że magnetyczne. Magnetyczne, psia jego raz ! Weszliśmy i się dziwnie zrobiło. Na zewnątrz, no, dom. Ganek,  dwa okna z jednej,  dwa okna z drugiej. Ale w środku nieeee. O, nie! W środku była .... cholera,  jakby to.... izba, jedna izba. Mała. Jedno okno po lewej, jedno po prawej i jedno na wprost z widokiem na .... na ..... na..... szlag.  Tam powinno być jezioro.  Taaa. Powinno.  A był cmentarz. Niewyraźnie mówię? Cmentarz. A w środku....no żeż... po lewej... no.... trumna. I po prawej też.  Co, też? Też trumna! A po środku stół.  Nieduży.  I dwa krzesła przy stole. Dwa! Noooo, to już było za wiele.

Chcieliśmy, a jakże. Ale się jakieś nieumarłe nadgniłe stadem zaczęły do środka pchać! Byśmy polegli, ale na nieszczęście swoje, jeden bezczel niedojedzony złapał moją Krychę za ....eeee....przedsięwzięcie. Nooo, jest za co  złapać, ale nie radzę! Jak się kobita odwinęła, jak wyprowadziła haka w podbródek! Głowa w jedną stronę! Reszta w drugą! W ostatniej chwili żeśmy drzwi zatrzasli! Bo co?! Bo co?! Bo się sypło!

No , to, po kolei, to tak, Najpierw wampiry zahipnotyzowały szwagra. Przez okno. Bo się w to okno gapił z gębą otwartą, dureń jeden, i mało brakowało, a by przez okno wylazł. Trzymaliśmy go wszyscy za gacie, bo się przez to okno wyrywał! Się okazało niepotrzebnie, bo jego gęba niedogolona zadziałała lepiej niż święcona woda!

Że co? Że woda święcona. No, żeż, jak " skąd"wiem"? Się ogląda różne programy informacyjne i filmy instruktażowe. Jakie, jakie. No, bafi pogromca wampirów, na przykład. No już? Wychachali się? To się skupcie, bo to nie koniec jeszcze! Potem przypełzły takie jakby wielgachne węgorze i zaczęły wyć jak syreny przeciwmgielne. No. A co ja powiedziałem? No, to przecież mówię, że syreny?

No, piękne to raczej jednak nie! Ale szwagra zaczadziły! Rozebrał się do gaci, gacie wyrzucił za drzwi. I powiem wam teraz coś, czego nie chcecie wiedzieć! Chcecie? No , dobra. Ale żeby nie było na mnie. Te gacie odstraszyłyby tyranozaura! To nawet szwagra nie łapaliśmy, jak wybiegł za gaciami. Łapał te gacie całą noc aż do świtu. A te gacie, powiem wam, jak żywe! To w jedną stronę, to w drugą latały naokoło domu. A szwagier, oczadzialy ma się rozumieć i rozumiecie chyba, że ... no ... jakby to... jak biegł w lewo to świecił pryszczatą dupą,  a jak w prawo, to mu imponderabilia dyndały na wietrze. A to, powiem wam, toooo.... ooooo.....tego odwidzieć się nie da!

Nie dziwne, że jak przyszedł świt, to nie było już żadnych potworów. Zostało jeszcze docucić szwagra, wcisnąć go w damskie majty (tylko takie nam zostały, a to tytułem tych dwóch walizek) i do domu!

No, niestety, jeszcze nie koniec! Szwagier,  idiota,  jeszcze przez parę tygodni co jakiś czas zanosił się dzikim chichotem, próbował ściągnąć gacie i poświecić tym czy owym. Merca znaleźliśmy dopiero  dwa tygodnie później. Do domu wróciliśmy pekaesem. Nie pytajcie.

I.... wiecie....coś chyba pomyliliśmy. Bo ta, jak jej tam strona, dooming.dead nie istnieje.

Że jak? Eeetam. Booking, cooking, dooming - jedna zaraza.

Read more