Zamarznięty krzyk

Share
Zamarznięty krzyk
Ilustracja według koncepcji autorki, stworzona z pomocą AI.

Przydałaby się historia taka..taka... zupełnie inna niż inne. Ale żeby była taka...taka...zupełnie inna, potrzebne będzie...potrzebna będzie...hmmm. Potrzebne będzie takie małe, ale uparte i skuteczne że ne se kła. Że co? A bo ja wiem, co?

Do roboty. Zamknijcie oczy i poszukajcie w sobie tego...tego czegoś, co gdzieś tam jest. Kiedyś było na wierzchu, w zasięgu ręki. Było kiedyś, a potem zepchnęliście to w ciemny kącik, zamknęliście w klatce, którą budowaliście przez lata w przekonaniu, że odcięte od świata zwiędnie i skuli się gdzieś w ciemnym zapomnieniu. I dopiero wtedy wasze życie będzie jak trzeba - rozsądne, przewidywalne, odpowiednio dopasowane. Być może jeszcze pamiętasz, a może już nie. Może nie sądzisz, że jeszcze w tobie jest, a może uważasz, że nigdy go nie było. Ale jest! Ooooo, taaak! Wystarczy je obudzić. Musisz jednak wiedzieć, że jeśli teraz się obudzi, nie pozwoli się znowu uśpić. Nie pozwoli się znów zapędzić w niebyt. Nie da się zagłuszyć głosem rozsądku. Będzie ryczeć i drapać pazurami, będzie potrząsać klatką. Ta bestia w tobie śpi. Śpi mocno, ale wciąż żyje. Nie lękaj się więc. Raz obudzona, twoja odwaga będzie już tylko rosła w siłę.

Tamtego roku zima zaczęła się wcześnie i wyraźnie nie zamierzała czekać, aż kalendarz ją dogoni. Śnieg zaczął padać dwa dni po Wszystkich Świętych i zamiast normalnie rozpuścić się bez śladu, odkładał się burymi warstwami przekładanymi ugniecionym lodem. Wkrótce, bure miasto zlało się z burym niebem w jedną depresyjną, pozbawioną barw całość. Wypad za miasto kusił obietnicą bieli. No i było biało. Aż za bardzo.

Zjechaliśmy z głównej drogi, bo GPS wyskrzypiał dziwnym głosem, że mamy "zjechać z głównej drogi." No to zjechaliśmy i nikt nie zwrócił uwagi gdzie. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się, wymienialiśmy plotki i robiliśmy plany na weekend. Według GPS powinniśmy być już niedaleko wynajętego domu. Ktoś rzucił taką uwagę, że już niedaleko i wróciliśmy do jakiegoś pasjonującego tematu o tym, co jakiś nasz znajomy czy ktośtam zrobił cośtam gdzieśtam z kimśtam. Ale gdy temat zaczął wygasać i coraz więcej było ciszy, zaczęliśmy przyglądać się krajobrazowi za oknem. A mnie przez glowę przemknęła myśl (która wróciła dopiero długo później) , że to jest w zasadzie leśna droga, zapewne trzynasta w kolejności odśnieżania - a nie ma na niej śniegu. Wyobraźcie sobie - nie, że została odśnieżona. Nie! Raczej jakby została spod śniegu...wyjęta...?Ale w tym momencie ktoś spytał o prognozę pogody. Pytanie na chwilę dodało paliwa do rozmowy. Tak, lekki mróz, no no no, i dużo słońca a słońce na śniegu opala jak szalone i super będzie, no jasne.

Znowu zapadła cisza i ktoś powiedział niepewnie, że za długo chyba jedziemy. Powyciągaliśmy telefony, zaczęliśmy sprawdzać co i jak. Nie ma drogi, ktoś powiedział. GPS w telefonie kierowcy dotąd mówił komicznym kobiecym głosem. Ktoś przypomniał, że żartowaliśmy z jej "hamłyknskieho akcentu" na początku podróży. Od jak dawna milczy gps? - ktoś zapytał. A na ekranie GPS, mała, niebieska strzałka wisiała w białej pustce. Zaczęliśmy rozglądać się gorączkowo. Wzdłuż drogi, wąskiej, ale jednak całkiem rzeczywistej, wznosił się las potężnych świerków. Ich gałęzie zwieszały się nisko pod ciężarem wielkich śnieżnych czap, tak ciężkich, że całe drzewa pochylały się nad drogą i coraz częściej ośnieżona gałąź zaczepiała bagażnik przymocowany na dachu samochodu zasypując szyby śniegiem. Powinniśmy być na miejscu. Tak, tak, już od co najmniej 15 minut. Albo nawet 20. Zdecydowaliśmy się zatrzymać. Wyszliśmy na chwilę rozprostować kości i oczyścić szyby ze śniegu. Wyszliśmy i...było prawie całkiem ciemno. Jak to możliwe, to nie jest możliwe, to z pewnością przez ten niesamowicie gęsty las. Czyjś pomysł, żeby zawrócić, dopóki jeszcze droga jest wystarczająco szeroka, powitaliśmy z ulgą. Natychmiast wpakowaliśmy się z powrotem, ale tym razem zamiast radosnego wyczekiwania panowała nerwowa cisza. Jechaliśmy coraz wolniej, gałęzie drzew zwieszały się niżej, a drzewa z obu stron drogi coraz częściej stykały się i chyliły nad drogą, która bez wątpienia stawała się coraz węższa. I było ciemno. Noc, nie gęsty las i pokryte chmurami niebo. Noc.

Na ekranie GPS wciąż wisieliśmy w pustce. I cały czas jechaliśmy prosto. No, oczywiście, że prosto - przecież nie było gdzie skręcić. Jakby z rozmysłem, w chwili gdy byliśmy gotowi poddać się wszechogarniającej panice, nasze telefony, wszystkie na raz, zaczęły brzdąkać, a droga nagle skończyła się na odśnieżonym podjeździe oświetlonego jasno, drewnianego domu.

Dom wyglądał zwyczajnie. Poza kręgiem żółtego światła, majaczył czarny las. A przed domem, zaraz za odśnieżonym podwórzem, rozlewały się pokryte głębokim śniegiem, falujące łąki. A dalej, zamarznięte jezioro. Zimowe wiatry zwiały cały śnieg i perfekcyjnie gładka powierzchnia lodu leleżała teraz w dolinie jak olbrzymie lustro ujęte w czarną ramę lasów. Zamilkliśmy. Drapieżne piękno zimowego krajobrazu nakazywało milczenie. Milczeliśmy, więc z szacunku dla surowego majestatu. Z szacunku. Taaaa...już wtedy zaczęliśmy się bać.

Pozór dobrego nastroju pówrocił gdy zamknęliśmy ciężkie dębowe drzwi, odcinając ciepłe, jasno oświetlone wnętrze od czegoś...wszyscy to czuliśmy. Coś obudziło w nas lęk. Taki ukryty głęboko, który staje się tłem dla wszystkich myśli. A ty rozglądasz się i wszystko jest w porządku, ale lęk nie mija. Nie mija, bo widzi, czego ty nie widzisz. Czuje, czego ty nie czujesz. Staliśmy w ciepłym, przyjaznym wnętrzu, patrzyliśmy na ogień w kominku, szerokie kanapy, na których leżały równo poskładane, kolorowe koce, na stół i powitalny kosz owinięty w przezroczystą folię związaną wielką, czerwoną kokardą. Staliśmy w butach, kurtkach i czapkach i patrzyliśmy po sobie niepewnie. Wtedy ktoś powiedział bardzo, bardzo cicho "Słuchajcie, a może by jednak..."

Ta niedokończona myśl zawisła w powietrzu, jak lina ratunkowa, której nie zdążyliśmy się uchwycić. Zgasły światła. Przez odsłonięte okna wlało się sine światło ogromnego, białego księżyca przedzierającego się przez cienką warstwę chmur.

-O, kurwa...- wyrwało się komuś. Rzuciliśmy się do okien. Jezioro lśniło paskudną, zielonkawą poświatą. Wydawało się, że cały świat się zatrzymał. Przytuliliśmy się do siebie. Wszyscy do wszystkich. I tak tuląc się do siebie, staliśmy w oknie kiedy księżyc wyrwał się zza zasłony poszarpanych chmur. Wtedy jeszcze mogliśmy się uratować. Zasłonić wszystkie okna, owinąć kocami i ukryć pod stołem. Ale my staliśmy jak zaczarowani, a nad czarnym lustrem jeziora wisiał ogromny księżyc okolony podwójnym halo.

-Kurwa...-tym razem to był jęk. - Idzie mróz.

Jeśli to widzieliśmy, powtarzam "jeśli", to wiele rzeczy, które uważaliśmy za pewne, straciło sens. Jeśli to widzieliśmy, to nasz świat jest najwyraźniej tylko projekcją naszych nadziei. Jeśli faktycznie to widzieliśmy i jeśli widzieliśmy to, ponieważ to faktycznie istniało....

Józwa przeprowadził się na Maltę - tam nie ma zimy. Edzia reaguje na kolor biały... bardzo, bardzo źle reaguje. Nie wychodzi z domu bez okularów zmieniających kolor otoczenia. Iwi... nie wiemy gdzie jest. Zostawiła męża i dzieci, opróżniła konto. I puff. Fonzi ma zawsze na uszach słuchawki. Ogromne. Zasłaniają mu pół głowy. A w słuchawkach biały szum. 24/7. A ja? Ja nie śpię. Mój ostatni epizod senny skończył się amputacją lewej stopy. Prawdopodobnie nie pociągnę długo. Albo zejdę z braku snu (nie wiedzieliście, że brak snu zabija? To teraz wiecie. ) Albo zasnę i zamarznę. Tak czy tak, to nie potrwa długo.

Co widzieliśmy? Co myślimy, że widzieliśmy? Czy to robi jakąś różnicę? Widzieliśmy, jak idzie mróz. Idzie. Mróz. A my staliśmy w oknie patrząc mu prosto w oczy. Minio wybiegł do samochodu po telefon satelitarny, który woził w bagażniku. Mróz złapał go, gdy był już prawie na schodach i triumfalnie wyciągał w stronę okna czarną skrzyneczkę. Złapał go, podniósł do góry i trzasnął nim o pień wielkiego świerka. Czerwone lodowe igły spadły na dom , podwórze i samochód, a w powietrzu wisiał zamarznięty krzyk Minia. Rano Fonzi wyszedł pierwszy i krzyk Minia spadł mu na głowę. Zamarznięty krzyk.

Read more