A nie mówiłam! (Inżynieria wsteczna)

Share
A nie mówiłam! (Inżynieria wsteczna)
Ilustracja według koncepcji autorki, stworzona z pomocą AI.

Zrobiliśmy biszkopt z truskawkami.

No, ależ oczywiście,  że z bitą śmietaną. Wszelkie twory śmietanopodobne są zabronione przez prawo międzygalaktyczne. Aaaaaaa! Noooooo! To teraz wiecie.

A więc,  Zrobiliśmy. Pluralis majestatis nie ma tu zastosowania, albowiem mężuś partycypował. Mianowicie kupił truskawki. Czyli,  jakby się dobrze zastanowić,  to zrobił najważniejszą część. Potem to tylko trzeba te truskawki umyć, odszypułkować, upiec biszkopt, ubić śmietanę, wszystko to razem złożyć do kupy, żeby jako tako się trzymało. A potem zjeść. W tym ostatnim też partycypował. W sumie , brał udział od początku do końca. hmmm...taaa

Truskawki odhaczone. Znaczy: gotowe. Czas na chemię. No, co? Co tak zacichli? Procesy chemiczne, dzięki którym powstaje ciasto. Formowanie cząsteczek glutenu, uwalnianie dwutlenku węgla podczas podgrzewania, reakcja Maillarda. Takie podstawowe czynności piekarnicze. To jest to , co wszyscy wiedzą. Aaale, jest jeszcze ta część, o której nikt ni wie.

W efekcie, biszkopt wyszedł. Nie, nie. WY-SZEDŁ. Z piekarnika wyszedł. Dlaczego, dlaczego... A ja wiem dlaczego?! Zaczęło się od tego, że w naszej okolicy kury znoszą wyłącznie jajka z dwoma żółtkami. Czyli, można przyjąć, że jedno jajko to dwa jajka. Z drugiej, jednak, strony - jajko to jajko. Przepis mam na cztery jajka. Ale postanowiłam zrobić z dziesięciu, bo truskawek dużo było, a poza tym, jak robić to robić. No i tak od jednego do drugiego... coś w tych proporcjach może nie za bardzo? Chyba. W każdym razie,  biszkopt daleko nie uciekł.  Dogoniliśmy go jeszcze zanim z lokalnej zdążył wbiec na gminną, capnęliśmy, otrzepaliśmy, rozejrzeliśmy się,  czy nikt nie podgląda. No, bo, rozumiecie, nie wszyscy się znają na pieczeniu. Mogliby podpatrzeć. Albo (nie daj co!) świsnąć biszkopt i przy użyciu inżynierii wstecznej cały tajny proces odtworzyć. A przecież nie chwielibyśmy tego, nes pa?!

W domu patrzymy na ten biszkopt, nie że utytłany czy coś,  tylko wielki. Lekką ręką licząc będzie jakieś dwa na trzy na cztery. No, takiego półmiska to ja nie posiadam. Wzięliśmy laubzegę ( mężuś posiada, chociaż nie wie, że to laubzega) i zaczęliśmy kloca kroić. Pod wieczór, na każdym posiadanym przeze mnie porcelanowym talerzu, talerzyku, spodeczku, półmisku i paterze piętrzyły się portatywnie przycięte kawalki biszkopta.

Przystąpiliśmy do ubijania śmietany. Nasze domowe zapasy śmietany, skonczyly sie w pół godziny. Podreptał mężuś do lokalnego śmietany dokupić. Obracał kilka razy. Pierwsza w sklepiku skończyła się kremówka, potem kwaśna, potem light. Aż w końcu go pani sklepowa poprosiła,  żeby wziął mleko w proszku , bo to jedyne białe,  co zostało,  a ona za godzinę musi dzieci do szkoły odwieźć. 

Mikser planetarny odleciał, kielichowy wybuchł, blender  ręczny rozgrzał się do czerwoności i zdefasonował. Koło południa następnego dnia biszkopt z truskawkami i bitą śmietaną był gotowy.

Wprawdzie nie mamy na czym usiąść,  ale drogę do drzwi wyjściowych i do toalety już żeśmy sobie wygryźli. Jutro, po śniadaniu,  powinniśmy się znaleźć w okolicach kanapy. Gdyby ktoś z was przejeżdżał obok, to zapraszam z saperką i herbatką na trawienie.

Read more