Z rodziną na zdjęciu (pokrzywa czy muchomor)
No, żeż, cholera jasna, no! No nikomu już nie można wierzyć! No, żeż, nic już stałego nie ma na tym świecie, cholera jasna! No, ale żeby materia nieożywiona ( w zasadzie) cholera jasna, przeszła do ataku!?
No, żeż, jak to "co?"
Buła zeżarła szwagra! Nie "kto" tylko "co". No, mówię przecież. Buła! No, żeż, a jaka ma być?! Słodka, drożdżowa, z kruszonką . Bez rodzynków, bo dziaduniowi rodzynki za sztuczną szczękę załażą.
Taka buła.
No i żeż, diabli by to.... zeżarła szwagra. No jak ja go mam teraz, cholera jasna, z tej buły wyciągnąć... Dobrze, że go nie przeżuła, szlag by to , oj, dobrze... bo by wtedy, ło matko! Pozbierać to to i posklejać! Buueee! Aaaa, tacy mądrzy?! Nie możliwe, tak?!
A mało to żeście już u nas widzieli?!
Normalnie, sobota była rano, no to, wstaję i... "O której, o której".. a o której w sobotę jest rano? No, właśnie. Jedenasta dopiero co minęła. Przecież sam z siebie bym się o świcie w sobotę nie fatygował, nie? No. Sobota, rano, jedenasta i telefon zabrzdąkał, no to zerkam jednym okiem, bo drugie zapluszczone jeszcze, patrzę, a tam tak idzie: "Szwagier ratuj goni buła" !
No dosłownie! Też mi to przez głowę przeszło, ale pomyślałem, że myśleć będę jak już uratuję szwagra. Wiadomo!
Tak więc, z początku w panice, papci szukam, Krychę szturcham "gdzie niedzielne gacie!", "jaki numer żeby na 112 zadzwonić!", tak wrzeszczę. No, szlag by to! Wiecie przecież jak to jest: jak człowiek niedzielnych gaci szuka, to najpewniej znajdzie te z poprzedniego wtorku, co to się zapomniały do pralki wcisnąć. No chyba każdy tak ma? W końcu pobiegłem we wczorajszych, bo niedzielnych nie mogłem znaleźć. Wbiegam, a tam... ! Amargiedon i Gomoria! Wszystko razem! No to ja do kuchni i krzyczę "gdzie szwagier"! A kuchnia, luuuudzie!, na metr takim szarym paskudztwem pokryta. Rodzina cała się zebrała z łopatami, łyżkami, rondlami, i co tam kto miał pod ręką i wszyscy w tym paskudztwie szarym grzebią. Narzędziami prowizorycznymi przez okno to błocko szare takie na podwórko wywalają. A to paskudztwo, imaginujecie sobie, wyje, wije się, wiszczy, bulbi jak , jak, jak ...no nie wiem co normalnie! Szturcham wojownika, co najbliżej mnie rondlem macha jak szalony.
-Wygrywamy! - Ten krzyczy. No to ja - Gdzie szwagier!- wrzeszczę. A on, że szwagier przed wypiekiem na podwórko uciekł, a oni tu w półprodukcie żony jego szukają.
To ja na podwórze, po drodze patelnię zgarnąłem, bo wszelka inna broń podchodząca została chwilowo wypożyczona.
Wybiegam, patrzę, a na środku podwórza leży, uważajcie, chała. Nooooo luuuudzie! Ile można!? Cha - ła! No, żeż.... buła taka! Drożdżowa! Noooo, właaaaśnie. Tyle, że ta tutaj, proszę ja was, jest wielkości transportera opancerzonego. Ładnie wypieczona, z kruszoneczką. Jak należy. A mniej więcej w połowie jej wysokości, tak gdzieś na oko z półtora metra, dyndają włochate, koślawe odnóża dolne szwagra.
Szwagra wyciągliśmy. Chałę zjedliśmy. Na dwa razy. I sąsiedzi pomagali.
Co się wydarzyło? Otóż, problem w bule to nie buła jest jako taka, tylko dróżdż.
Dróżdż istotą jest w zasadzie żywą, chociaż tylko czasami , i jak każda istota żywa, jakąś formę rozumku posiada. Generalnie życie swoje spędza pokojowo nastawiony do świata, na filozoficznych rozważaniach czy jest on bardziej pokrzywą czy muchomorem. I jeśli go nie wkurzyć, to on w bule wyrośnie, a potem pokojowo życie swoje zakończy wysmarowany masełkiem i dżemikiem truskawkowym. Ale dróżdż, nie wiem czy wiecie, bardzo jest delikatny i wrażliwy, i kiedy on w tej bule rośnie to ani go przeziębić ani zdenerwować nie wolno! A szwagrowi się w kuchni śpiewać zachciało!
No? Nooooo, właaaaaśnie! Taka buła!
Postscriptum autorki
Wszystkich moich czytelników zapraszam do przeczytania odcinka "Taki cichutki", w którym po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, że szwagier lubi śpiewać.